Problemy sądu ze wznowieniem procesu Ryszarda Podkulskiego. Jaka jest rola byłych pracowników RZG?

0
Zdjęcie: Sebastian Fiedorek / Rzeszów News
Reklama

Sąd Apelacyjny w Rzeszowie nie wie jeszcze, kto ma „zjeść żabę” w postaci wznowienia procesu dotyczącego Rzeszowskich Zakładów Graficznych. Atmosferę w sądach od lat „podgrzewa” trzyosobowe stowarzyszenie pracowników byłej drukarni.

MAJA ŚWIĘCKA, MARCIN KOBIAŁKA

Przypomnijmy: 4 kwietnia br. Sąd Najwyższy uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie, który w maju 2017 roku skazał na trzy lata bezwzględnego więzienia Ryszarda Podkulskiego, rzeszowskiego biznesmena, za wyprowadzenie 14 mln zł z Rzeszowskich Zakładów Graficznych (budynek przy ul. Lisa-Kuli, w którym mieści się obecnie galeria handlowa Outlet Graffica). 

Na polecenie Sądu Najwyższego sprawa ma być ponownie rozpoznana przez rzeszowski Sąd Apelacyjny. W świetle obowiązujących przepisów główny bohater tej sprawy Ryszard Podkulski jest osobą niewinną. Biznesmena nie może ponownie sądzić ten sam skład sędziów. Inni nie mogą sądzić? Mogą, ale jest kłopot. 

– W wydziale karnym na sześć etatów mamy obsadzonych aktualnie trzy. To sędziowie, którzy orzekali w procesie dotyczącym RZG SA. Drugi raz nie mogą – wyjaśnia nam sędzia Stanisław Urban z Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie. 

Kombinowany skład

Sąd głowi się teraz, co zrobić, by proces mógł ruszyć. – Mamy dwa wyjścia. Pierwsze niecodzienne: na czas rozpoznania tej konkretnej sprawy możemy wystąpić o oddelegowanie do naszego sądu sędziego Sądu Okręgowego i dokooptowanie do składu orzekającego dwóch naszych sędziów z innych wydziałów – tłumaczy sędzia Urban. 

Drugie wyjście. – To wystąpienie do Sądu Najwyższego z wnioskiem o rozpoznanie tej sprawy poza obszarem naszej apelacji z uwagi na niemożność utworzenia u nas składu orzekającego – twierdzi Stanisław Urban. 

Drugi wariant w praktyce, przy założeniu, że Sąd Najwyższy pozytywnie rozpoznałby wniosek, oznaczałby, że ponowny proces toczyłyby się w innym województwie. Decyzja, jakie formalne kroki podejmie Sąd Apelacyjny w Rzeszowie, ma zapaść w drugiej połowie czerwca. 

Pierwsze rozwiązanie wydaje się szybsze, ale czy sensowne z punktu widzenia jakości ewentualnego rozstrzygnięcia? Może to bowiem oznaczać, że w tej sprawie orzekać będą sędziowie znający się na… prawie pracy.

– Nie ma co liczyć, że któryś z sędziów Sądu Okręgowego łatwo się zgodzi na delegację. Sędzią sprawozdawcą powinien być sędzia karnista, a sprawa jest bardzo trudna pod względem merytorycznym, dotyka problematyki gospodarczej. Skład sędziowski byłby kombinowany – słyszymy obawy w rzeszowskim Sądzie Apelacyjnym.

Kto „zje tę żabę”? 

Wydaje się, że sytuacja stawia w bardzo trudnym położeniu ewentualny skład sędziowski. Ale trochę sąd zawdzięcza to sam sobie, gdyby z większą starannością oceniał dowody w poprzednim postępowaniu sądowym. Sąd Najwyższy wskazał, że sądy okręgowe i apelacyjne często nie radzą sobie ze sprawami, w których problematyka karna miesza się z gospodarczą.  

Do tego swoje „trzy grosze” dołożył przedstawiciel Prokuratury Krajowej, czyli reprezentant oskarżenia, który stwierdził, że w sprawie RZG były „poważne zastrzeżenia”, w jaki sposób Sąd Apelacyjny w Rzeszowie potraktował materiały dowodowe i na ich podstawie wydał skazujący wyrok.

O ile ze sprawami gospodarczymi sądy radzą sobie różnie w całej Polsce, to stanowisko Prokuratury Krajowej nie pozostawia już wątpliwości, że sposób procedowania przy sprawie RZG wygląda na kompromitację rzeszowskiego wymiaru sprawiedliwości. 

Nikt nie potrafi obecnie powiedzieć, kiedy można się spodziewać ponownego rozpoznania sprawy RZG. Nic dziwnego. Sąd Apelacyjny zastanawia się, kto ma „zjeść tę żabę”. Zapewne będzie chciał bardzo uważać, aby po raz kolejny nie narazić się na smak gorzkiej pigułki, której zakosztował po kwietniowej decyzji Sądu Najwyższego. 

Wojowniczy emeryt 

Procesem ponownie interesuje się Stowarzyszenie Grafik, które od lat wojuje w sprawie Rzeszowskich Zakładów Graficznych nakręcając spiralę nienawiści, np. oburzając się w Sądzie Najwyższym na decyzję sędziów i stanowisko Prokuratury Krajowej.

Grafik powstał w 2012 roku i odegrał znaczącą rolę w budowaniu aferalnego klimatu wokół RZG w trakcie procesów w pierwszej i drugiej instancji sądowej. Szukając kontaktu do stowarzyszenia zajrzeliśmy do jego oficjalnych dokumentów.

Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że działają tam raptem trzy osoby. To emerytowani byli pracownicy zakładów graficznych. Na jego czele stoi Krystyna Depa, która w RZG pracowała do… 2000 roku. Opuściła firmę w czasie kiedy wojewoda podkarpacki dopiero decydował o prywatyzacji zakładów i na długo zanim pojawił się w nich Ryszard Podkulski.

Jest też Robert Bosek, który w RZG pracował niecałe 8 lat – do 2006 roku. Ostatnią osobą jest Jerzy Maciołek, z zakładów odszedł w 2002 roku. Maciołek jest najbardziej marginalną postacią w stowarzyszeniu. Depa zresztą też, choć swój adres domowy udostępnia na siedzibę stowarzyszenia i wg dokumentów reprezentuje organizację na zewnątrz. Chcieliśmy z nią porozmawiać. Nie zastaliśmy jej w domu.

„Pierwsze skrzypce” w stowarzyszeniu gra jednak Robert Bosek. Specjalizuje się m.in. w informowaniu mediów i urzędników o – jego zdaniem – negatywnej roli Podkulskiego w sprawie RZG. Od lat Bosek chodzi po urzędach, posiedzeniach sądów, zadaje pytania prawnikom przed salami sądowymi wychylając się z grupy dziennikarzy. A samych dziennikarzy przekonuje, że byli pracownicy drukarni doznali szkód po przejęciu firmy przez Podkulskiego.

Bosek nie chwali się tym, że odchodząc z RZG dostał odszkodowanie i podpisał się pod oświadczeniem, że wobec swojego dawnego pracodawcy nie będzie występował z kolejnymi żądaniami. Nie wspomina też o tym, że Podkulski wszedł do drukarni po nieudanej prywatyzacji, którą przeprowadził Skarb Państwa. Zakłady miały 8 mln zł długu i stały na krawędzi bankructwa, co oznaczałoby zwolnienie całej załogi. 

O czyje interesy walczą?

Stowarzyszenie Grafik RZG przez oba rzeszowskie sądy – zarówno okręgowy, jak i apelacyjny – zostało uznane za przedstawiciela społecznego w procesie związanym z RZG. Być może sądy założyły, że działacze stowarzyszenia reprezentują wszystkich lub dużą liczbę pracowników drukarni.

Ale takiego zapisu w regulaminie stowarzyszenia nie ma. Jest natomiast informacja, że zajmuje się ono „dbaniem o prawa ekonomiczne i społeczne swoich członków”. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, tylko interesy trzech osób.

Bosek twierdzi, że stowarzyszenie reprezentuje byłych pokrzywdzonych pracowników zakładu. Nie wiadomo jednak kogo i ilu konkretnie, nie licząc wspomnianej trójki, z której Krystyna Depa pracowała w RZG, gdy zakładów nie kontrolował Ryszard Podkulski, a Robert Bosek zawarł ugodę o zrzeczeniu się wszelkich roszczeń od swojego byłego pracodawcy. Jerzy Maciołek odszedł zaś z RZG za porozumieniem stron. 

Skarb Państwa, z kilkunastoletnim poślizgiem, przekazał wreszcie tzw. akcje pracownicze osobom zatrudnionym w spółce. W przerwie kwietniowego posiedzenia Sądu Najwyższego w Warszawie, gdzie pofatygowała się trzyosobowa reprezentacja stowarzyszenia, usłyszeliśmy, że Bosek nie był w stanie konkretnie odpowiedzieć na pytanie, czego teraz oczekuje, skoro otrzymał akcje.    

Robert Bosek krytykował za to sąd, choć nie zapadła jeszcze decyzja, i świetnie poruszał się w argumentacji, która króluje w komentarzach pod tekstami na temat sprawy RZG. Zapewne pozostaje to bez związku, ale to argumentacja podobna do wpisów zawierających m.in. mowę nienawiści, które od lat pojawiają się we wszystkich rzeszowskich mediach. Z wyjątkiem tych, w których nie można już komentować anonimowo.  

Co robi strona społeczna?

Jak czytamy w dokumentach urzędowych, stowarzyszenie Grafik prowadzi działalność z zakresu nauki, edukacji, oświaty i wychowania, kultury sztuki i ochrony dóbr kultury, upowszechniania i ochrony wolności i praw człowiek, wspierania rozwoju gospodarczego.

Próżno szukać efektów pracy w tym zakresie w działaniach stowarzyszenia. Niewątpliwie czyni ono za to dużo hałasu podczas posiedzeń sądu, nawet najwyższego. Robi też wrażenie, że „społeczeństwo” zainteresowane jest tym, żeby rozstrzygnięcia sądów były jak najsurowsze. 

Jednak coś udało się zrobić, ale Robertowi Boskowi osobiście. Udało mu się, w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach, zakupić 100 akcji RZG od Ministerstwa Skarbu. Indagowany zrobił tajemniczą minę i nie chciał się przyznać, jak do tego doszło. Stwierdził tylko, że dokupił jeszcze akcji.

Sprzedaż akcji Boskowi stała się furtką do uruchomienia transzy akcji pracowniczych drukarni. Przez lata ministerstwo nie chciało oddać akcji ludziom. W innych prywatyzacjach pracownicy mogli je otrzymać nawet tuż na początku całego procesu zmian w spółkach. Często szybko je wtedy spieniężali, ale mieli do tego pełne prawo. Podejście Skarbu Państwa uniemożliwiło załodze RZG takie rozwiązanie. 

Pytany dalej Robert Bosek twierdził jednak, w swoim stylu, że to wina Ryszarda Podkulskiego. Bo to on nie chciał, aby pracownicy otrzymali akcje. W wywiadzie na naszych łamach biznesmen wspominał jednak o tym, że słał pisma, rozmawiał z urzędnikami i jeździł do ministerstwa, aby uruchomić transzę akcji pracowniczych.

Chciał je odkupić, ponieważ – jego zdaniem – było to zwyczajnie opłacalne w kontekście zarządzania pakietem tych walorów. Jednak za każdym razem urzędnicy wskazywali, że nie ma jeszcze do tego „politycznego klimatu”. 

O kontrowersjach wokół sprawy RZG SA, w tym działaniach stowarzyszenia Grafik, będziemy jeszcze pisać. 

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama