Zdjęcie: Grzegorz Droba
Reklama

– Ten temat powinien być narracją społeczną, a nie polityczną – uważają członkowie grupy Stacja Rzeszów Dziki. Pomnika Czynu Rewolucyjnego bronią przed wyburzeniem. 

JOANNA GOŚCIŃSKA, MARCIN KOBIAŁKA

Przyszłość pomnika to właściwie jedna wielka zagadka. Rzeszowski IPN uważa, że należy go wyburzyć, bo propaguje komunizm, wtóruje mu wojewoda podkarpacki Ewa Leniart (PiS), a z założonymi rękami siedzą oo. Bernardyni – od 12 lat właściciele najbardziej znanego pomnika w Rzeszowie. To oni powinni uruchomić procedury administracyjne, mają czas do końca marca, by IPN zakonnikom dostarczył formalną opinię, czy pomnik propaguje komunizm i “podpada” pod tzw. ustawę dekomunizacyjną z 2016 roku.

Jeżeli Bernardyni nie kiwną palcem, a to jest bardzo możliwe, o przyszłości pomnika najpóźniej w październiku 2018 roku zdecyduje wojewoda Ewa Leniart. Choć i tutaj są poważne wątpliwości, na jakiej podstawie miałaby to zrobić. Tak naprawdę nie wiadomo, czy wojewoda będzie mógł decydować o nieswojej własności, skoro Bernardyni nawet nie wystąpią o opinię. Czy to celowa zagrywka zakonników, by to nie oni bronili się przed atakami obrońców pomnika, których nie brakuje, niedługo się wyjaśni.

Zresztą opór społeczny jest tak duży, że nawet w środowisku PiS nikt się na pali do tego, by wyburzenie pomnika firmować swoim nazwiskiem. Dość jasna już opinia wojewody Leniart o niczym jeszcze nie świadczy, właściwie zgodna jest “tylko” z PiS-owską narracją, że czas komuny i wszystko, co z nim związane należy zaorać, a politykę historyczną partia Jarosława Kaczyńskiego zaczyna pisać po “swojemu”.

W wydaniu “lokalnym” PiS-owi może się to jednak nie opłacić. W Rzeszowie od kilkunastu lat jest w głębokiej defensywie, a jeśli Tadeusz Ferenc (SLD) ponownie będzie startował w wyborach na prezydenta Rzeszowa, to PiS raczej nadal będzie w opozycji. Ferenc jest przeciwnikiem burzenia pomnika, a niedawno proponował, by zmienić jego nazwę na pomnika Wyzwolenia. Wyburzenie monumentu może “przypieczętować” kolejną wyborczą porażkę PiS w Rzeszowie. 

Lokalny PiS to wie, dlatego coraz częściej słychać o zmianie narracji, którą partia Kaczyńskiego zamierza narzucić – burzymy nie dlatego, że pomnik propaguje komunizm, ale dlatego, że monument ma już swoje lata (wybudowano go w 1974 roku), jest w kiepskim stanie technicznym i może zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców. PiS upiekłby dwie pieczenie na jednym ogniu. Taki scenariusz w ostatnim czasie sugeruje wojewoda Ewa Leniart. 

Wyburzą pomnik, naruszą krajobraz

Pomijając jednak polityczne tło “pomnikowej awantury”, do głosu dochodzą też społecznicy, którzy nie wyobrażają sobie Rzeszowa bez pomnika Czynu Rewolucyjnego. Coraz głośniej jest o grupie Stacja Rzeszów Dziki, która walczy o zmianę wyglądu kopca Konfederatów Barskich, po drodze uratowała przed wyburzeniem kładkę nad torami PKP w Rzeszowie, teraz broni najsłynniejszego monumentu w mieście. Za “Dzikimi” murem stoją rzeszowscy architekci, ostatnio do obrońców pomnika dołączyło krakowskie Stowarzyszenie Historyków Sztuki.

“Dzicy” szukają poparcia nie tylko w Rzeszowie, ale również w Krakowie, gdzie w miniony wtorek historycy sztuki przedstawiali argumenty przeciw wyburzeniu pomnika Czynu Rewolucyjnego. W sobotę spotkali się ponownie, tym razem w Aparat Caffe w Rzeszowie, by podzielić się wnioskami, które przywieźli z Krakowa.

Pierwszą rzeczą, na którą zwrócono uwagę, był fakt, że pomnik stał się celem politycznych rozgrywek, a nie powinien, ponieważ jest to nasze dziedzictwo. – Powinniśmy na pomnik patrzeć jak na dzieło, plastyczny element urbanistyki i architektury. Temat pomnika powinien być narracją społeczną, a nie polityczną – mówił Bartłomiej Gancarczyk ze Stacji Rzeszów Dziki.

Kolejną sprawą było przyjrzenie się kompozycji urbanistycznej miejsca, gdzie znajduje się pomnik. Został on tak zaprojektowany, aby współgrał z klasztorem oo. Bernardynów oraz Urzędem Wojewódzkim i ogrodem zakonników. – To absurdalne, aby usuwać pomnik – element, który musi tam być, bo co tam innego można zrobić? Nie ma nic lepszego – przekonywał na sobotnim spotkaniu Gancarczyk.

– Jeśli ktoś myśli o rozbiórce pomnika, myśli tak naprawdę o naruszeniu całej kompozycji krajobrazu – dodawał.

Od nas zależy nadanie sensu 

Podczas spotkania zwrócono też uwagę na kształt pomnika i dwie rzeźby, które są w niego wkomponowane. Ich interpretacja tak naprawdę nie musi jednoznacznie kojarzyć się z komunizmem. Pierwsza rzeźba przedstawia chłopa, żołnierza i robotnika. “Dzicy” zauważają, że w zasadzie pole do jej interpretacji jest szerokie, ponieważ nigdzie nie ma symbolu, który wprost nawiązywałby do komunizmu.

– Chłopa można interpretować jako rolnika, robotnik to pracownik. To zależy od nas, jaki nadamy im sens – uważa Gancarczyk.

Druga rzeźba to Nike – bogini zwycięstwa, obok tej warszawskiej, jedyna taka w Polsce. W całej konstrukcji monumentu stanowi element dynamiczny – chce się wyrwać, krzyczy, ogłasza zwycięstwo, ale nie wiemy jakie, więc również niekoniecznie trzeba ją wiązać ze zwycięstwami Armii Radzieckiej. Ponadto, Nike została przyjęta w chrześcijaństwie już w I wieku.  

Z kolei sam kształt pomnika jest inspirowany mandorlą, czyli chrześcijańską aureolą pochodzącą z IV wieku. Przy okazji sobotniego spotkania powołano się na Rzeszowską Diagnozę Społeczną. Okazało się, że tylko 2 procent mieszkańców wie, jaka jest prawdziwa wymowa pomnika.

Większość po prostu jest przyzwyczajona do tego, że monument jest, że nazywa się go „Wielką C”, że jest miejscem charakterystycznym w Rzeszowie, które można wykorzystać np. do działań artystycznych nieingerujących w strukturę pomnika. Przykładem tego może być mapping z 2016 roku przygotowany przez Fundację Precyzja podczas Festiwalu Przestrzeni Miejskiej. Zwrócono również uwagę, że pomnik był także miejscem integracji społecznej – w latach 2006-2009 działał tam popularny skatepark.

Unicestwić pół powojennego Rzeszowa

Działacze Stacji Rzeszów Dziki zwracają również uwagę na pierwotną ideę budowy pomnika, z którą wyszedł Włodzimierz Kozło na początku lat 60. ubiegłego wieku. Wówczas zakładano, że ma to być monument upamiętniający Tysiąclecie Państwa Polskiego. Ostatecznie jedna obelisk zaprojektował w 1968 roku śp. prof. Marian Konieczny jako pomnik Czynu Rewolucyjnego.

“Dzicy” uważają też, że dotychczasowe niewiążące opinie Instytutu Pamięci Narodowej o pomniku sprowadzają się tylko do jego politycznego przesłania, a pomijają narrację artystyczną i walory rzeźbiarskie monumentu. Bez tego – zdaniem “Dzikich” – nie ma się pełnego obrazu wartości monumentu.

Na sobotnim spotkaniu jego uczestnicy zwracali też uwagę na to, że IPN łączy pomnik z komunizmem przez czas jego powstania i kto przecinał wstęgę podczas oficjalnego oddania monumentu do użytku. – Gdybyśmy na tej samej zasadzie łączyli wszystko to, co powstało w ówczesnym czasie, to wówczas trzeba byłoby unicestwić pół powojennego Rzeszowa – zauważają przytomnie historycy sztuki. 

– Budynek Urzędu Wojewódzkiego został wpisany do rejestru zabytków jako spuścizna z poprzedniej epoki. Wojewoda z pomnikiem Czynu Rewolucyjnego może zrobić to samo – proponują historycy. 

Miniaturki pomnika nie wystarczą

Działacze Stacji Rzeszów Dziki zauważają również, że pomnik wpisał się na stałe w świadomość mieszkańców Rzeszowa oraz zaczął funkcjonować jako symbol, który jest umieszczany np. na koszulkach związanych z miastem, przewodnikach turystycznych, czy rzeszowskiej sieci taksówkarskiej. Zaczęto też produkować minipomniki, które stały się rzeszowską pamiątką. Wykonuje je Anna Dziunyczyn-Chmiel.

– Pomysł na taką działalność zrodził się jeszcze w 2012 roku. Wówczas nawiązałam kontakt z prof. Koniecznym i przedstawiłam mu swój pomysł. Zgodził się, ale powiedział, że musi najpierw zobaczyć i zaakceptować prototyp miniaturowego pomnika – wspomina Dziunyczyn-Chmiel.

Pomniejszony pomnik wykonał wówczas Krzysztof Brzuzan, uczeń prof. Koniecznego, który był zachwycony tym, że może wykonać dzieło swojego mistrza. Gdy prototyp został zaakceptowany, wówczas Anna Dziunyczyn-Chmiel dostała na wyłączność prawa autorskie do wykonywania małych pomników. Teraz nie wyobraża sobie, aby oryginalny monument mógł zniknąć z przestrzeni Rzeszowa.

– Miniaturki nie wystarczą. Przyjdą kolejne pokolenia i nie będą pamiętały, czym są one są i skąd się wzięły – twierdzi Dziunyczyn-Chmiel.

Nonsens stanie się rzeczywistością?

Na sobotnim spotkaniu była również Beata Kuman, historyki sztuki z Muzeum Okręgowego w Rzeszowie. Kuman swoją pracę magisterską poświeciła m.in. twórczości prof. Mariana Koniecznego. Tworząc ją miała okazję osobiście poznać twórcę pomnika. – Prof. Koniecznemu nie mieściła w głowie idea wyburzenia pomnika. Ten pomysł skwitował żartem, że wyburzenie pomnika będzie kosztowało tyle, ile budowa szpitala. To nonsens, który może stać się prawdziwą rzeczywistością – mówiła Kuman.

Dodała, że pomnik jest niezaprzeczalnym dziełem sztuki, umieszczanym w literaturze naukowej i popularnonaukowej, jako przykład monumentalnej rzeźby pomnikowej powiązanej z urbanistyką i założeniem architektonicznym miasta. Monument jest też nowatorski pod względem formy, ale też użytych materiałów – beton i blacha były na tamte czasy nieoczywistymi materiałami, z których wykonywano pomniki.

– To są znaki czasu. Nie możemy zachowywać się jak barbarzyńcy, a do tego to zmierza – podsumowała na koniec Beata Kuman.

Spotkanie zakończyło różnymi pomysłami, które mają pomóc uratować pomnik. Padły propozycje wysyłania kolejnych pism do wojewódzkiego konserwatora zabytków, aby objął pomnik ochroną, czy zbieranie podpisów pod petycją ratującą monument. W planach jest także spotkane z wojewodą Ewą Leniart.

Ryzyko wyburzenia pomnika inspiruje mieszkańców Rzeszowa, dlatego też Grzegorz Droba, który wcześniej przygotował cztery projekty transformacji monumentu, postanowił stworzyć „apokaliptyczną” wersję końca „Wielkiej Mandorli”. Możecie ją zobaczyć poniżej.

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ:

Comments are closed.