Fot. AI
Reklama

Sąd, chłosta i 30 szkiełek. Zapomniany i mroczny rytuał rzeszowskiej Wielkanocy, to tradycyja, która już odeszła w zapomnienie. Dlaczego zwyczaj zniknął z rzeszowskich ulic i co wspólnego miały z nim kawałki potłuczonego szkła?

Podczas gdy dziś Wielkanoc kojarzy nam się z radosnym śniadaniem i kolorowymi pisankami, dawni mieszkańcy Rzeszowszczyzny kultywowali obrzęd, który przypominał raczej proces karny niż religijne święto.

“Judasz”

Dla współczesnego rzeszowianina Wielki Tydzień to czas wyciszenia. Jednak jeszcze sto lat temu w podziemiach rzeszowskiej fary czy na placach okolicznych wsi (jak np. w Słocinie czy Zalesiu) przygotowywano się do specyficznego “wymierzania sprawiedliwości” – z historyczną rysą w tle.

Oficjalne zapiski etnograficzne, w tym te pozostawione przez patrona rzeszowskiego muzeum, Franciszka Kotulę, kreślą obraz tradycji, która dziś budziłaby niemałe kontrowersje.

Wszystko zaczynało się od stworzenia postaci zdrajcy. Kukła Judasza była wykonywana ze słomy i starych szmat. Musiała być brzydka, pokraczna i budzić niechęć. – Judasz musiał być potężny, by każdy mógł go uderzyć – czytamy w archiwach etnograficznych.

Najważniejszym elementem był jednak woreczek przywiązany do pasa kukły. W środku znajdowało się 30 kawałków potłuczonego szkła lub kamieni. Miały one symbolizować 30 srebrników, za które Judasz wydał Jezusa. Podczas wleczenia kukły przez miasto, charakterystyczny brzęk szkła informował wszystkich mieszkańców: „Idzie zdrajca!”.

Rytualny upadek

W samym Rzeszowie i większych miejscowościach regionu punktem kulminacyjnym był moment zrzucenia Judasza z wysokości. Często wykorzystywano do tego wieże kościelne lub dzwonnice. Po nabożeństwie (najczęściej w Wielki Czwartek lub Wielki Piątek) tłum, głównie młodzi mężczyźni i dzieci, gromadził się pod wieżą.

Kukła była zrzucana na ziemię, co symbolizowało ostateczny upadek grzesznika. Gdy Judasz “wylądował” zaczynała się najbrutalniejsza część. Mieszkańcy bili kukłę kijami, kopali i wyliczali jej przewiny. Każdemu uderzeniu towarzyszyły okrzyki: “To za Twoją zdradę!”.

Po akcji pod wieżą, rytuał przenosił się na ulice. Judasza wiązano sznurem do wozu lub po prostu wlókno go po ziemi w stronę rzeki. W Rzeszowie szło się w stronę Wisłoka.

Celem było całkowite zniszczenie zła, które symbolizowała kukła. Nad brzegiem rzeki „Judasz” był podpalany, a jego resztki wrzucane do wody. Wierzono, że w ten sposób miasto zostaje oczyszczone z grzechu, chorób i nieszczęść przed nadchodzącym zmartwychwstaniem.

Dlaczego dziś już tego nie robimy?

Czasy mocno się zmieniły. Tradycja “Judaszy” zniknęła. Oficjalne źródła kościelne już w XIX i XX wieku zaczęły zakazywać zrzucania kukieł z wież, uznając to za zbyt drastyczne i odciągające uwagę od powagi liturgii.

Wielkanocne bójki, które wybuchały podczas sądu nad Judaszem, często wymagały interwencji ówczesnej policji. Z czasem zauważono, że sposób charakteryzowania kukły utrwalał negatywne stereotypy, co prowadziło do konfliktów społecznych (podobnie jak głośny przypadek w Pruchniku w ostatnich latach).

Choć w samym Rzeszowie o Judaszu przeczytamy m.in. w zapiskach Kotuli, echa tych wierzeń wciąż żyją w regionalnym języku i drobnych gestach. To przypomnienie o czasach, gdy ludowa wiara była niezwykle surowa, a granica między modlitwą a samosądem – bardzo cienka.

Spacerując w Wielką Sobotę po rzeszowskim Rynku, warto pamiętać, że pod tymi samymi kamienicami wieki temu przetaczał się hałaśliwy tłum, wymierzając sprawiedliwość słomianej kukle z woreczkiem brzęczącego szkła. (mt)

Czytaj więcej:

Policyjny „nurek” za 100 tysięcy złotych. Podkarpacka Policja schodzi 300 metrów pod wodę

Czytasz Rzeszów News? Twoje wsparcie pozwoli nam działać sprawniej.

 

Reklama