Zdjęcie: Akcja "Solidarni z Kijowem" (fot. materiały prasowe Fundacji OCG)
Reklama

Ponad miesiąc zbiórki i znacznie mniejsze wsparcie, niż oczekiwano. Pomoc jednak ruszyła, choć w ograniczonej skali. Organizatorzy nie kryją rozczarowania, ale podkreślają, że każda złotówka ma znaczenie.

Akcja „Solidarni z Kijowem” miała być symbolem wsparcia dla Ukraińców mierzących się z rosyjską agresją. Jej finał pokazuje jednak, jak bardzo zmieniły się nastroje społeczne.

Skromny finał akcji

Zbiórka „Solidarni z Kijowem”, zainicjowana na początku lutego w Rzeszowie, była odpowiedzią na dramatyczną sytuację energetyczną Ukrainy. W czasie, gdy rosyjskie ataki niszczyły infrastrukturę krytyczną, a temperatury spadały nawet do minus 20 stopni Celsjusza, brak prądu oznaczał realne zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców.

Organizatorzy liczyli na szeroki odzew i szybkie zebranie środków, które pozwolą na zakup różnego rodzaju urządzeń wytwarzających energię. Ostatecznie jednak półtora miesiąca później podano wyniki zbiórki, które okazały się znacznie skromniejsze od pierwotnych założeń.

36 tys. zł i sześć banków energii

Jak przekazano, udało się zgromadzić dokładnie 36 129 złotych. Kwota ta pozwoliła na zakup sześciu urządzeń energii, które trafią do najbardziej potrzebujących miejsc na Ukrainie.

– To pozwoliło na zakup sześciu banków energii, które potrafią podtrzymać sprzęt ratujący życie przez około 10 godzin w ciągłej pracy – powiedział prezes Fundacji OCG, Mariusz Tywoniuk.

Choć sprzęt nie jest rozwiązaniem systemowym, może odegrać kluczową rolę w sytuacjach kryzysowych, szczególnie w placówkach medycznych czy edukacyjnych, gdzie dostęp do energii elektrycznej bywa przerywany.

Mniejszy odzew niż w poprzednich latach

W akcję zaangażował się także mielecki oddział Agencji Rozwoju Przemysłu, zarządzający Specjalną Strefą Ekonomiczną. Jej dyrektor nie ukrywał rozczarowania skalą wsparcia, jakie napłynęło zarówno od przedsiębiorców, jak i społeczeństwa.

– To nie były wysokie wpłaty. Z ubolewaniem powiem, że ten odruch wśród przedsiębiorców i społeczeństwa jest zdecydowanie mniejszy niż cztery lata temu. Oczywiście rozumiemy, z czego to wynika, natomiast, my pokazujemy jacy jesteśmy w momencie, kiedy jesteśmy najbardziej zmęczeni. Pomoc Ukrainie należy podtrzymywać i każda akcja ma sens – nieważne, czy to będzie 36 tysięcy, czy 500 tysięcy – powiedział dyrektor mieleckiego oddziału ARP.

Słowa te pokazują szerszy problem – zmęczenie społeczne długotrwałym konfliktem i malejącą mobilizację do niesienia pomocy, mimo że potrzeby po drugiej stronie granicy wciąż pozostają ogromne.

Konsul Ukrainy w Rzeszowie reaguje

Pomimo ograniczonego wyniku finansowego organizatorzy podkreślają, że akcja ma realny wymiar pomocy. Zakupione urządzenia zostaną przekazane do Ukrainy jeszcze w tym tygodniu, a o ich ostatecznym przeznaczeniu zdecyduje tamtejsze Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

– Serdecznie dziękuję za wsparcie, za pomoc, którą dostaliśmy. Sprzęt trafi do zakładów, które najbardziej go potrzebują, do ośrodków medycznych lub szkolnych w obwodach czernihowskim lub sumskim. Dzisiaj na ulicach jest cieplej, ale noce są zimne i prąd nadal jest niezbędny – powiedział konsul Ukrainy w Rzeszowie Vasyl Jordan.

Jak zaznaczył dyplomata, Polska od początku wojny pozostaje jednym z kluczowych partnerów Ukrainy, a każda forma wsparcia ma znaczenie dla przetrwania w trudnych warunkach.

Apel o dalszą pomoc

Konsul nie ukrywał, że mimo upływu czasu sytuacja w jego kraju wciąż jest bardzo trudna, a pomoc z zagranicy pozostaje niezbędna. W jego słowach wybrzmiał wyraźny apel o dalsze wsparcie.

– Ja wiem, że to jest trudna sytuacja, że może czasami już opadają ręce, że długi czas to trwa, ale niestety bez was nie damy rady – powiedział Vasyl Jordan.

Choć finał akcji „Solidarni z Kijowem” nie spełnił wszystkich oczekiwań organizatorów, inicjatywa pokazuje, że nawet mniejsze inicjatywy mogą mieć realny wpływ. A w obliczu wojny, która trwa już kolejny rok, każda pomoc wciąż ma znaczenie.

(PAP)

Czytaj więcej:

Inspektor nadzoru budowlanego z zarzutami. Miał zarabiać na budowach, które sam kontrolował

Czytasz Rzeszów News? Twoje wsparcie pozwoli nam działać sprawniej.

 

Reklama