Zdjęcie: Bartłomiej Frydrych / Rzeszów News

Rzeszowscy nauczyciele zdeterminowani, będą strajkować do skutku. Do protestujących dołączają także ludzie ze znienawidzonej „Solidarności”.

JOANNA GOŚCIŃSKA, MARCIN KOBIAŁKA

W poniedziałek po południu Urząd Miasta w Rzeszowie podał, że w pierwszym dniu strajku wzięło udział ok. 80 procent placówek miejskich (69 na 88): przedszkoli, szkół podstawowych i szkół ponadgimnazjalnych. Tylko jedna podstawówka nie przystąpiła do strajku, nr 9 na ulicy Miłej na osiedlu Biała. Z przedszkoli nie strajkowało piętnaście.

Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, nie strajkowały też trzy placówki pozaszkolne: Centrum Kształcenia Praktycznego, Międzyszkolny Ośrodek Sportowy i Młodzieżowy Dom Kultury. W tej ostatniej był jednak problem z pedagogami. Wielu z nich wzięło urlop na żądanie w ramach solidarności ze strajkującymi nauczycielami. 

Do południa w Rzeszowie 52 procent nauczycieli wzięło udział w strajku, przyszli do pracy, ale nie prowadzili lekcji. Po południu ta liczba się się zwiększyła do 66,3 procent. Na 3442 nauczycieli nie pracowało 2283. Do tego doszło 88 pracowników administracji (7 proc.  pracowników we wszystkich miejskich placówkach). 

W poniedziałek teoretycznie do przedszkoli i szkół powinno było przyjść ponad 33 tysiące dzieci i uczniów. W tych placówkach, które przystąpiły do strajku, przyszło ponad 1500, czyli niespełna 5 procent. – Sytuacja jest dość poważna – martwi się Zbigniew Bury, dyrektor Wydziału Edukacji Urzędu Miasta w Rzeszowie. 

Woda i obwarzanki 

Jak wyglądał poniedziałek w strajkujących placówkach? Po godz. 7:30 wchodzimy do Szkoły Podstawowej nr 3 przy ul. Hoffmanowej. Na drzwiach budynku kartka z napisem „Strajk”, powiewają biało-czerwone flagi i Związku Nauczycielstwa Polskiego. Na korytarzu szkolnym stolik strajkowy przy którym siedzi kilka nauczycielek. Zbierają podpisy pod listą strajkową.

Na korytarzach pusto, spotykamy małą zabłąkaną dziewczynkę, która idzie na świetlicę. W salach lekcyjnych na stołach krzesła zamiast książek, zamiast uczniowskiego gwaru cisza miesza się z rozmowami nauczycieli. Strajkujący nauczyciele wybrali sobie jedną salę.

– Dziś siedzimy tylko o wodzie? – żartuje jedna z nauczycielek, która akurat weszła do sali. – Nie, aż tak źle nie jest. Zdążyłaś kupić obwarzanki? Nie? Ja mam dwa, mogę się podzielić – odpowiada kolega z pracy.

W sali nauczyciele z różnym stażem pracy – zarówno młodzi, jak i ci, którzy wyglądają jakby byli jedną nogą na emeryturze. Jedna z młodych nauczycielek, wyraźnie spięta, siedzi w ostatniej ławce. Nie chce jednak rozmawiać. Wybija 8:00, dzwonek nie dzwoni. Przy strajkowym stoliku kolejni nauczyciele wpisują się na listę. 

Nauczyciel to brzmi dumnie

W „trójce” na 588 uczniów w poniedziałek do szkoły przyszło tylko pięciu. Z 54 nauczycieli strajkowało 27. Dziewięciu nauczycieli wraz z dyrektorem i jego zastępcą zadeklarowało wcześniej, że przyjdą do pracy i zaopiekują się dziećmi. Wśród tych nauczycieli Bożena (nie zgadza się na podawanie nazwiska). Od 31 lat uczy techniki.  

– Jestem całym sercem ze strajkującymi, ale ktoś musiał się zająć dziećmi. Koleżanki i koledzy nie mają mi tego za złe, wiedzą, że ktoś tym uczniom musi zapewnić opiekę – tłumaczy nam Bożena. Jest nauczycielem dyplomowanym, zarabia niespełna 3000 zł. Innej pracy sobie nie wyobraża. – Zawsze będę dumna z tego, że byłam nauczycielem – mówi.

Jej koleżanki w podobnym tonie. Do strajku zostały zmuszone, zmuszone tym, jak fatalnie się zarabia w oświacie. Trzeba było powiedzieć: „dość”. W końcu. Bo jak nie teraz, to kiedy. Skoro gospodarka kwitnie, to dlaczego nauczyciele mają nie być beneficjentem dobrej koniunktury, o której prawie codziennie słyszą od premiera RP Mateusza Morawieckiego. 

– Nie jesteśmy szczęśliwi, że strajkujemy. To nie jest przyjemne – mówi nauczycielka dyplomowana, pracująca na świetlicy. – Krzywdy dzieciom nie damy zrobić, ale musimy zawalczyć o nas, mimo, że kolejne propozycje rządu mogą doprowadzić do tego, że społeczeństwo nas znienawidzi – uważa. 

Na szczęście, rodzice strajk rozumieją, ale też sobie nie wyobrażają, by trwał on bez końca. – 2-3 dni to maksymalnie. Jeśli dłużej, to dzieciom będzie bardzo trudno nadgonić zaległości – obawia się pani Wioletta, matka 6- i 10-latka.

„Mamo, zapomnij”

Nauczyciele mają dość tej rządowej propagandy sukcesu, ogarnia ich wściekłość. I jeszcze to 500 zł, które Jarosław Kaczyński, prezes PiS, obiecał rolnikom za krowę. Jakby nauczycielom strzelił w twarz, upokorzył ich, zdeptał, zignorował. – Oni boją się dać nam podwyżki, bo wiedzą, że przyjdą kolejni – mówi nauczycielka ze SP nr 3. 

Jej koleżanka ma syna, poszedł w jej ślady. Ma 27 lat, pracuje na świetlicy w innej szkole. Proponowała mu, żeby w poniedziałek zaopiekował się dziećmi, ona mu pokaże origami, by potem nauczył tego swoich podopiecznych. – Powiedział: „Mamo, zapomnij. Za takie pieniądze?”. Zabolało mnie, jak podchodzi do pracy, ale się nie dziwię – mówi nauczycielka. 

Za takie pieniądze, czyli za 1800 zł. Praca na świetlicy niewdzięczna, tam nie stawiają stopni. – Naszym sukcesem jest wtedy, gdy dziecko ze świetlicy nie chce wracać do domu. Niektórzy przyprowadzają dzieci o 6:30 i zabierają o 17:00. My z nimi jemy, uczymy się, rozmawiamy i oddajemy dziecko rodzicom gotowe do spania – opowiada nauczycielka.

Co ciekawe, na listach strajkowych w „trójce” są wpisani także ci nauczyciele, którzy są zrzeszeni w oświatowej „Solidarności”. Tak, tej „Solidarności”, która w niedzielę podpisała porozumienie z rządem”. Szeregowi członkowie „S” nie mogą tego wybaczyć liderowi związku Ryszardowi Proksie. 

– Niedzielne porozumienie, to nie jest ich porozumienie. Nauczyciele masowo wystąpili w poniedziałek z „S” – mówi nauczycielka ze SP nr 3.

Każdy widzi, jak jest

Cicho, jak makiem zasiał, było także po godz. 8:00 w Muzycznym Przedszkolu Publicznym nr 14 przy ul. Chmaja. Tam, zamiast małych brzdąców, w szatni przy stoliku siedział komitet strajkowy złożony z czterech nauczycielek. Niechętnie z nami rozmawiały. – Co tu dużo mówić – każdy widzi, jak jest – mówiły nam ze smutkiem na twarzy. 

Dyrektorka przedszkola Jolanta Szubart zaprasza nas do swojego gabinetu. Mówi, że z 13 nauczycieli strajkuje 11, wśród nich mianowani i kontraktowi, zarabiają ok. 1900 zł. Sama dyrektorka niewiele ponad 3000 zł. Więcej od niej zarabiają ludzie z administracji. W poniedziałek żaden rodzic nie odważył się przyprowadzić żadnego ze 120 dzieci.  

– Rodzice zrozumieli naszą sytuację – mówi Jolanta Szubart. – Aby dzieci były bezpieczne, nie jesteśmy w stanie przyjąć więcej jak 25 przedszkolaków – tłumaczy. 

Zmęczeni i rozsierdzeni

Ze szkół ponadgimnazjalnych w poniedziałek strajkowało m.in. I Liceum Ogólnokształcące w Rzeszowie, gdzie po południu odbyła się pikieta solidarnościowa z nauczycielami. Do południa w I LO na 53 nauczycieli strajkowało 26. Na 662 uczniów przyszło zaledwie kilku. Do opieki nad uczniami razem z dyrektorem i zastępcą jest w pogotowiu pięć osób. 

– Nauczyciele są ogromnie zmęczeni i rozsierdzeni. Mają wrażenie, że nie traktuje się ich poważnie – mówi dyrektor I LO Piotr Wanat.

Wanat boi się o tegoroczne matury. Uczniowie muszą by sklasyfikowani do 17 kwietnia. Na 24 kwietnia zaplanowano konferencję klasyfikacyjną. Jeżeli do tego czasu nie uda się uzyskać np. kworum, uczniowie nie będą mogli mieć wystawionych ocen, a tym samym przystąpić do egzaminów dojrzałości.

Nauczyciele z I LO uważają, że to, co w niedzielę zrobiła „Solidarność”, podpisując porozumienie z rządem, jest żenujące. – Rząd dogadał się ze swoim szeregowym członkiem – panem Proksą – uważa Ilona Palczak, wuefistka z 33-letnim stażem. W I LO nauczyciele z „S” też wzięli w strajku. 

Kontaktujemy się z Bogusławą Budą, szefową oświatowej „Solidarności” w Rzeszowie. Nie wie, ilu ich członków przystąpiło w poniedziałek do strajku. – Na nikogo nie naciskaliśmy, to była dobrowolna decyzja nauczycieli – mówi nam Buda. Ale „S” z budynków szkolnych zdjęła już strajkowe emblematy. Strajku, który „S” planowała na 15 kwietnia, nie będzie.

Do komisji 170 osób 

Wciąż wielką niewiadomą jest, czy w środę, 10 kwietnia, odbędą się egzaminy gimnazjalistów. W poniedziałek do ratusza dzwoniła osoba z Krosna, która zadeklarowała, że chce dołączyć do komisji egzaminacyjnej. – Gdy usłyszała, jakie warunki trzeba spełnić zrezygnowała. A może ten telefon był prowokacją? – zastanawia się Zbigniew Bury. 

W Rzeszowie do komisji egzaminacyjnych potrzeba ok. 170 osób. Jeżeli do środy utrzyma się taka liczba strajkujących, jak w poniedziałek, egzaminy się raczej nie odbędą. 

Tymczasem w poniedziałek po południu podkarpacki kurator oświaty Małgorzata Rauch wydała oświadczenie, twierdząc, że w pierwszym dniu strajku w całym województwie zgodnie z planem pracowało 64 proc. wszystkich placówek. Rauch uspokajała, że w bazie osób, które mogą zasiąść w komisjach egzaminacyjnych, jest już ponad 200 osób.

– Dobra mina do złej gry – mówią nauczyciele. 

redakcja@rzeszow-news.pl

NAPISZ KOMENTARZ:
Reklama