Akcja „Zupa na Placu”- ciepły posiłek i dobre słowo dla bezdomnych [FOTO]

0
Reklama

– Jak nie wiadomo, co robić, to trzeba czynić dobro – mówili uczestnicy poniedziałkowej akcji „Zupa na Placu” w Rzeszowie, którzy ugotowali 25 litrów zupy pomidorowej dla rzeszowskich bezdomnych.

 

Klasyczna zupa pomidorowa z ryżem podana w ciepłym domu po raz setny może nie zachwycać. Zmienia się to, gdy gotuje ją grupka osób o wielkich sercach i podaje się w zimowy wieczór na jednym z rzeszowskich placów tym, którzy niejednokrotnie przez cały dzień nie mieli nic w ustach.

Mowa tu o akcji „Zupa na Placu”, którą w poniedziałkowy wieczór w Rzeszowie zorganizowali członkowie Duszpasterstwa Akademickiego „Szopka” oraz postakademickiego „Wiata”.
Inicjatorką akcji była Marzena Harasiuk, która wcześniej mieszkając w Krakowie sama brała udział w bliźniaczej akcji „Zupa na Plantach”.

– W krakowskiej akcji sama pomagałam nawet gotować, więc gdy przeniosłam się do Rzeszowa stwierdziłam: dlaczego i tu nie można zrobić tego samego?  Napisałam o tym ojcu Łukaszowi [rzeszowski dominikanin – przyp. red.], a on odpisał: „róbmy”. I tak się zaczęło – wyjaśnia Marzena, która wraz z ojcem zorganizowała spotkanie w duszpasterstwach w tej sprawie. Wówczas wszyscy wspólnie podjęli decyzję, że chcą pomóc bezdomnym.

– Zaczynamy od zupy, bo to dobry sposób, aby zacząć rozmowę z bezdomnymi, żeby się otworzyli, żeby chcieli w ogóle zbudować zaufanie – wyjaśnia Marzena.

Gotowanie, jak dla najbliższych

Owe zaufanie jest istotną kwestią. Marzena, gdy wspomina krakowską akcję, mówi, że na początku ze strony bezdomnych była niepewność, bo nie wiedzieli, co mają myśleć o takiej formie pomocy.

– Dla nich było dziwnie, że ktoś chce dla nich coś zrobić dodatkowo, że to my do nich przychodzimy z zupą, że chcemy z nimi rozmawiać – mówi Marzena.

– Bo to nie jest tak, że oni przychodzą, jak do noclegowni, dostają zupę i wychodzą. My z nimi zawsze staliśmy przez dwie godziny, rozmawialiśmy, pytaliśmy o potrzeby, o to jak wygląda ich życie, dlaczego tak się stało, że są na ulicy. Szukaliśmy też dla nich ubrań. Nawet narodziły się przyjaźnie między nami – dodaje.

Inicjatorka rzeszowskiej akcji podkreśla również, że zupa, która była gotowana w Krakowie, zawsze była najwyższej jakości.

– Gotowaliśmy ją, jak dla naszych najbliższych. Dla nas największym komplementem było to, że powiedzieli nam, że gotujemy dla nich jak dla ludzi. To ważne, bo oni mają bardzo niskie poczucie własnej wartości. Nie wierzą, że coś można zmienić, że ktoś może do nich wyjść, porozmawiać – mówi Marzena, która w kuchni Królestwa Bez Kresu również nadzorowała, aby zupa dla rzeszowskich bezdomnych była smaczna.

Bezdomny nadal jest człowiekiem

Marzena wspominała również pierwsze sukcesy akcji „Zupa na Plantach” – dzięki ich pomocy, niektórym bezdomnym udawało się znaleźć pracę i mieszkanie, wyszli z kryzysu. I chociaż trudno jej dziś przewiedzieć, jaką skalę „Zupa na Placu” będzie miała w Rzeszowie, to jednak ma nadzieję, że uda się jej wraz ze wszystkimi ludźmi dobrego serca, dotrzeć do wszystkich tych, którzy pomocy potrzebują.

Jedni, jak np. Marzena, uważają, że bezdomnym trzeba pomagać, inni, że nie warto, bo sami sobie na taki los zasłużyli. – Jeśli ktoś tak myśli, powinien przyjść do nas i spotkać się z takimi osobami, z nimi porozmawiać i wówczas zmieniłby zdanie – uważa Marzena.

– To, że sam ktoś doprowadził się do bezdomności, nie zmienia faktu, że dalej jest człowiekiem. Jeśli ktoś zawinił, nawet najbardziej, nie można go przekreślać, ale trzeba wyciągnąć do niego rękę. Każdy z nas, gdyby się znalazł w takiej sytuacji, to chciałby, aby drugi człowiek mu pomógł – dodaje ojciec Łukasz Filc, duszpasterz młodych.

Właśnie taką pomocną dłoń wyciągali młodzi ludzie z Rzeszowa, którzy całe późne poniedziałkowe popołudnie gotowali w kuchni wcześniej wspomnianego Królestwa Bez Kresu. Zespołowi, który liczył 40 osób, udało się przygotować 25 litrów zupy pomidorowej. Gdy weszliśmy do kuchni i zapytaliśmy, dlaczego to robią usłyszeliśmy: – Bo jak nie wiadomo co robić, trzeba czynić dobro.

Będzie kolejna akcja

„Zupa na Placu” rozpoczęła się o godz.  19:00, ponieważ organizatorzy doszli do wniosku, że bezdomni ciepły posiłek w noclegowniach dostają najczęściej w porze obiadowej.
I rzeczywiście, rzeszowscy potrzebujący mają okazję raz dziennie zjeść ciepłą zupę w Rzeszowskim Towarzystwie Pomocy im św. Brata Alberta. Z ciepłej zupy, która mogli dostać na placu Ofiar Getta, chętnie skorzystali.

– Nie byłem dziś u Alberta. To mój pierwszy posiłek – mówił pan Adam. – Tak, u Alberta można zjeść, oprócz sobót i niedziel. Wtedy zdarza się, że przez dwa dni nie uda się nic zjeść – dodawał pan Tadeusz.

Obaj na ulicy mieszkają już prawie dekadę. Jeden uważa, że to jego wina, bo sam wybrał taki los, drugiemu nie wyszło małżeństwo – żona wyjechała za granicę i nie wróciła. Obaj potrzebowali nie tylko ciepłej zupy, ale dobrego słowa. W poniedziałkowy, zimny wieczór dostali jedno i drugie.

– Trudno nam powiedzieć, jaka będzie skala tej akcji w Rzeszowie i ile osób bezdomnych z naszej pomocy zdecyduje się jeszcze skorzystać, ale „Zupę na Placu” na pewno zrobimy w następny poniedziałek – zapowiada Marzena Harasiuk.

joanna.goscinska@rzeszow-news.pl

Reklama