Zdjęcie: Dominika Mróz - Toton
Reklama

– Skuteczność władz Rzeszowa w sprawie Res-Drobu jest warta 300 zł – tak poczynania ratusza w walce ze smrodem z zakładów drobiarskich oceniają rzeszowscy radni PiS.

„Śmierdzący” problem związany z zakładami Res-Drob przy ul. Konopnickiej na os. 1000-lecia stał się tematem trwającej ponad godzinę dyskusji na wtorkowej sesji Rady Miasta Rzeszowa. Nic dziwnego, że temat ten został też poruszony w ratuszu, bo mieszkańcy osiedla ze smrodem borykają się już od kilku lat, o czym wiele razy już pisaliśmy.

Rok 2017 okazał się jednak dla mieszkańców momentem, gdzie czara goryczy została przelana. Po pierwsze, utworzyli stowarzyszanie „Nasz Czysty i Zdrowy Rzeszów”, gdzie można m.in. zgłaszać uciążliwości, które serwuje Res-Drob.

Kolejnym krokiem była niedawna pikieta przed zakładem drobiarskim. Obecnie są zbierane podpisy pod dokumentem, który umożliwi skierowanie sprawy do sądu przeciwko Res-Drobowi.

Pisma się piszą…

Dyskusję podczas wtorkowej sesji na temat smrodu wydobywającego się z zakładów drobiarskich rozpoczął Andrzej Gutkowski, wiceprezydent Rzeszowa, który przez kilkanaście minut odczytywał listę pism i kontroli, które zostały skierowane pod adresem firmy.

Gutkowski wspomniał również o skargach mieszkańców, które trafiały do właściwych organów zarówno drogą mailową, jak i telefoniczną oraz o tym, że dwukrotnie ukarano zakład drobiarski mandatem w wysokości 300 zł

– Pisma się piszą, a problem, jak był, tak jest. Skuteczność władz miasta w sprawie Res-Drobu pokazuje właśnie ten mandat w wysokości 300 zł – skomentował Marcin Fijołek, szef klubu PiS w Radzie Miasta.

Fijołek mówił, że Res-Drob funkcjonuje na podstawie tzw. pozwolenia zintegrowanego, które w 2015 roku zmieniono tak, by zakład mógł przerabiać 500 ton drobiu na dobę. – Dlaczego miasto nie sprawdziło, iż zmiana ta może źle oddziaływać na otoczenie? – pytał radny PiS.

Andrzej Gutkowski twierdzi, że Res-Drob spełnił wszelkie formalne wymogi, by takie pozwolenie w 2015 roku otrzymać.

Zabawa w kotka i myszkę

Partyjny kolega Fijołka, Grzegorz Koryl, zwrócił z kolei uwagę na to, że miasto chociaż starało się rozwiązać problem, to finalnie mieszkańcy dalej nie wiedzą, kiedy ich gehenna się zakończy.

– Dalej nie mamy takich rozwiązań, że np. za 3 miesiące mieszkańcy będą wiedzieć, że przestanie śmierdzieć, że będą oni mogli otworzyć okna, wyjść z  dziećmi na spacer – mówił Koryl.

Robert Homicki, radny niezrzeszony, zauważył z kolei, że Res-Drob z wszelkimi służbami i miastem bawi się w kotka i myszkę, a ludziom jak śmierdziało, tak śmierdzi nadal.

Do dyskusji włączył się również przewodniczący Rady Miasta, Andrzej Dec (PO), który podkreślił, że wszyscy zgadzają się z tym, że zakład drobiarski nie może funkcjonować w centrum miasta. – Musimy działać tak, aby przekonać właścicieli, że konieczność wyprowadzenia tego zakładu stamtąd jest nieodwracalna – mówił Andrzej Dec.

– Skoncentrujmy się na znalezieniu sposobu, jak rozwiązać ten problem, a nie szukaniu tego, co kto zaniedbał – dodawał.

Lekiem ustawa „antyodorowa”?

Tadeusz Ferenc, prezydent Rzeszowa, zapewniał z kolei, że „śmierdzący” problem mieszkańców os. 1000-lecia chce rozwiązać i miasto będzie podejmowało wszystkie zgodne z prawem działania, które ulżą mieszkańcom.

Andrzej Gutkowski dodał jeszcze, że dotychczasowe kontrole, na ogół kończyły się tak, że zakłady drobiarskie działają zgodnie z normami, obowiązującymi w polskim prawie.

– Gdyby była w Polsce tzw. ustawa antyodorowa sprawa byłaby oczywista. Na podstawie jasnego przepisu szybko rozwiązalibyśmy  problem. Jednak sprawa tej ustawy jest w rękach Sejmu – mówił wiceprezydent Gutkowski.

– Jedna noc i ta ustawa może zostać przyjęta, a problem będzie rozwiązany – dodawał, odwołując się do sposobu procedowania ustaw, z którego w ostatnim czasie rząd PiS zasłynął.

joanna.goscinska@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ:

Comments are closed.