Reklama

„Bo do tanga trzeba dwojga” – śpiewał Krzysztof Cugowski z Budką Suflera. A do striptizu? Czy cztery „Napalone nosorożce” wystarczą? A może zapadłe klatki i koślawe nóżki to nie jest klucz do sukcesu? 

[Not a valid template]

 

O tym mogli się w niedzielę przekonać w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie widzowie, którzy obejrzeli spektakl „Goło i wesoło”. Zainteresowanie spektaklem w reżyserii Arkadiusza Jakubika było ogromne. Filharmonia, która jest w stanie pomieścić około 600 osób, pękała w szwach, zarówno w przypadku popołudniowego spektaklu (godz. 16:00), jak i wieczornego (19:00). Z trudem można było znaleźć wolne miejsce, a ci, którzy zdołali kupić bilety, nierzadko mieli problem, żeby znaleźć nawet swoje.

Gwiazdorska obsada

„Goło i wesoło” przyciągało nazwiskami znanych polskich aktorów. Kto z nas nie pamięta „Gruchy” z filmu „Chłopaki nie płaczą”? To właśnie Mirosław Zbrojewicz wcielił się w rolę „Góry”. „Boogi’ego” zagrał natomiast Tomasz Sapryk, widowni znany m.in. z serialu „Ranczo”, gdzie wcielił się w rolę radnego Myćko. „Kierownik”, czyli Arkadiusz Nader, swoją rozpoznawalność zawdzięcza postaci „Staśka”, posterunkowego z Wilkowyj. Na scenie pojawili się jeszcze m.in. Elżbieta Leńska, Maciej Mikołajczak, Henryk Gołębiewski.

Spektakl rozpoczął się okrzykami znanymi z polskich stadionów: „Polska, biało-czerwoni, Polska!”.  Twórcami tego hałasu była grupa kolegów: „Boogie”, „Góra”, „Żmuda”, „Norbert”, „Kierownik”, „Gustaw” vel. „Pojebus”. Siedząc na ławce zastanawiali się, jak rozwiązać problem, niemalże filozoficzny, skąd wziąć pieniądze na papierosy, skoro ich jest sześciu  a w paczce tylko jeden. Wtedy pojawia się genialny pomysł: należy zostać striptizerami!

Wyzwanie to niemałe, ponieważ panowie mają nie tę budowę ciała (klatka zapadła, a „sześciopaka” brak), nie ten wiek (40+) i zdecydowanie nie te ruchy (robot ma więcej gracji), ale nie poddają się, choć pojawiają się wątpliwości. „Góra” na przykład pochodzi z bardzo konserwatywnej rodziny i nie chce się pokazywać publicznie. „Kierownik” uświadamia go dość szybko, że striptizu nie da robić się w ukryciu, ale asertywny „Góra” nie poddaje się i odpowiada, że „striptiz można robić w masce”.

Zaobrączkowany ptak

Z całego „biznesplanu” od razu rezygnuje „Żmuda”, który w Katowicach dostał pracę i będzie codziennie dojeżdżał 500 km z Tomaszowa Mazowieckiego. Pozostali bohaterzy rozpoczynają próby. Jednak nim dojdzie do pierwszego rozebrania się jeden z nich zadaje kluczowe pytanie swoim kolegom: „macie czyste majtki na sobie?”.

To tylko pozornie oczywiste pytanie. Ale jest jeszcze inny problem, który nurtuje początkujących striptizerów. Skąd wiadomo, czego pragną współczesne kobiety? Najlepiej w takich sytuacjach sięgnąć po „Pleygeya”(mężczyźni mają „Playboya”, kobiety „Pleygeya”), który prezentuje „wnętrze” nowoczesnej kobiety. A tam można dowiedzieć się, że „zaobrączkowany ptak”, to męski członek z kolczykiem oraz, że duży penis nie gwarantuje orgazmu i w takiej sytuacji jest również potrzebne zastosowanie pobudzenia manualnego, co zdaniem naszych bohaterów oznacza drugiego partnera w łóżku.

Gdy już bohaterowie uzupełnili swoją wiedzę z zakresu erotyki, przyszła pora na wymyślenie scenicznego  wizerunku. Gdy padło szereg propozycji, „Kierownik” zrobił podsumowanie, z którego wynikało, że kobiety pragną grającego na gitarze księdza po medycynie.

Potem przyszedł czas na casting w klubie „Eden”. Na scenę pierwszy wkroczył „Gustaw”. Jego najważniejszy „przymiot” to gitara. Ulubiony krok: odstawano dostawny. Sposób na wygraną: trafienie w jury butem podczas rozbierania. Największy problem: pasek.

Kolejny występował „Góra”, który oczywiście nie chciał, aby go rozpoznano, dlatego zainspirował się muzułmankami, tudzież hinduskami i muzyką z Bollywood. Jego znakiem rozpoznawczym była wirująca kolorowa tkanina i turban, a jury postanowił uwieść cmokaniem, co według „Kierownika” było formą czułości.

Dasz mi kasy kupę…

Następnie na scenę wkroczył „Gustaw”, który odegrał Nerona (wtedy zyskał również swoje przezwisko). Na końcu był „Norbert” i jego dmuchana koleżanka. Swój pokaz zakończył po piłkarsku – w samych majtkach, ze spuszczoną głową ochraniając rękoma to, co ma najcenniejsze. Oczywiście występ „Napalonych nosorożców”, bo tak nazwała się grupa, nie powaliły właściciela „Edenu” na kolana, ale postanowił on dać striptizerom szanse, zalecając „chwycenie trochę kakałka” (pójście do solarium) oraz siłownię.

„Kierownik” postanowił również wynająć byłą striptizerkę Wandę, która miała podszkolić debiutantów. Ich premierowy występ został zaplanowany na piątkowy wieczór.

Oczywiście, przed pokazem pojawiły się nerwy i zwątpienie we własne możliwości. Uczucia te wzmagała: po pierwsze informacja, że bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki, po drugie na widowni miała pojawić się żona „Boogiego”, z którą rozszedł się trzy tygodnie wcześniej, po trzecie przyszedł „Żmuda”. Wyśmiewając sowich kolegów mówił: „dasz mi kasy kupe, to pokaże ci gołą dupę”. „Nosorożce” zupełnie się poddały.

Na szczęście z pomocą przyszła Wanda, która zmotywowała panów do działania. Całe „nagie” show poprowadził „Gustaw” przebrany w różową sukienkę, któremu trzeba przyznać, że ma bardzo zgrabne nogi i świetnie chodzi w szpilkach. „Nosorożce” dały świetny pokaz indywidualny, a później grupowy. Ile wówczas zdjęli aktorzy, niech pozostanie słodką tajemnicą osób, które widziały spektakl na żywo.

Kuracja hormonalna dla pani z zarostem

Na szczególną uwagę zasługuje postać „Gustawa”, który później wcielił się w konferansjerkę. To dzięki niemu został nawiązany kontakt z audytorium, ponieważ aktor schodził ze sceny i krążył między publicznością. Jego żarty, proste, aluzyjne, dwuznaczne wywoływały salwy śmiechu na sali.

„Pani” z zarostem zalecił dobrą kurację hormonalną, z „koleżanką”, która miała rozmiar buta 49 obiecał, że będą się wymieniać szpilkami, bo on nosi taki sam numer.

Ze Zdzisławą rozmawiał o „pałce” jej chłopaka, o której Zdzisława mogła rozmawiać godzinami. A nie, jednak tylko minutami. Oczywiście, te aluzje, co do możliwości seksualnych partnera Zdzisławy, wywołały śmiech na sali.

„Gustaw-konferansjerka” miał również pewną radę dla pań – „wybierać należy mężczyzn małomównych, ponieważ oni przechodzą szybciej od słów do czynów i nie będzie wtedy trzeba włączać ssania, aby ich uruchomić”. Rada może nie cenna, ale na pewno zabawna.

Śmiechu nie brakowało podczas całego spektaklu. Powodowały go żarty sytuacyjne, zachowania bohaterów oraz komizm słowny. Dowcipy nie były wysublimowane, czasem może nawet zbyt proste, ale rozbawiły niejednego widza na sali.

Całość dopełniały świetnie dobrane polskie i zagraniczne hity muzyczne. Po spektaklu można było usłyszeć głosy krytyki, że „Goło i wesoło” to porażka i żenada. Zdecydowana większość widzów była jedna zadowolona. Po spektaklu aktorzy doczekali się owacji na stojąco i okrzyków z sali: „dziękujemy”.

„Goło i wesoło” odbyło się pod patronatem Rzeszów News.

JOANNA GOŚCIŃSKA

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: