Fot. Urszula Chrobak / Rzeszów News. Na zdjęciu Mirosław K.
Reklama

Jeżeli Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości, już tak bardzo chce znaleźć dowody na niewydolność polskich sądów, to powinien swoje oczy skierować na Podkarpacie. Od prawie dwóch lat nie może ruszyć proces Mirosława K., byłego marszałka podkarpackiego, który zapoczątkował serię afer korupcyjnych.

To już dawno temu przestało być zabawne. Zapewne nigdy zabawne też nie było, ale rozliczenie Mirosława K. z 16 zarzutów korupcyjnych, gwałtu, „pracy za seks”, oszustw, przekroczenia uprawnień, płatnej protekcji z czasów, gdy od 2010 r. do 2013 r. był marszałkiem podkarpackim, a wcześniej wojewodą z legitymacją Polskiego Stronnictwa Ludowego, zaczyna być już groteską.

Prawnicza żonglerka, by proces Mirosława K. do tej pory nie mógł ruszyć, osiąga szczyt szczytów sądowej indolencji. W kwietniu br. miną już dwa lata, od kiedy prokuratura w Lublinie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko byłemu marszałkowi i ośmiu innym osobom! Proces Mirosława K. do tej pory nie ruszył, prokuratorowi dotychczas nie udało się nawet odczytać aktu oskarżenia.

Końca sprawy, której zapewne będą towarzyszyły odwołania, zaskarżenia, nikt o zdrowych zmysłach nie jest w stanie przewidzieć.

Gdy w kwietniu 2013 r. po Mirosława K. przychodzili agenci CBA, nikt oczywiście nie snuł teorii, że sądowego rozstrzygnięcia doczekamy się w ekspresowym tempie. Ktoś, kto choć raz zetknął się z polską rzeczywistością sądową, doskonale wiedział, że od zatrzymania do prawomocnego wyroku musi upłynąć wiele wody. Ale że aż tyle, by proces w ogóle ruszył, to już najtęższe prawnicze głowy chyba nie pojmują.

„Gorący kartofel”

Cały problem rozbija się o to, że na Podkarpaciu nie można znaleźć sędziego, który zechciałby pochylić się nad sprawą Mirosława K. Małgorzata Reizer, rzeczniczka Sądu Okręgowego w Przemyślu, właśnie poinformowała, że byłego marszałka nie chcą sądzić sędziowie Sądu Rejonowego w Przemyślu. Powód? „Szczególna waga i zawiłość sprawy”.

Sędziowie zawnioskowali, by sprawę przekazano do innego sądu okręgowego na terenie rzeszowskiej apelacji. Przemyscy sędziowie najniższego szczebla uważają, że mogą sobie nie poradzić z obszernym materiałem dowodowym. Dodatkowo niekorzystnie na nich działa magia nazwisk osób, które mają być osądzone. To bowiem osoby znane z publicznej działalności. Oprócz Mirosława K., na wyrok czekają cztery inne osoby (wątki pozostałych osób objętych aktem oskarżenia wyłączono do odrębnych postępowań).

Rzeszów, Przemyśl, Jarosław i na dokładkę Warszawa (Sąd Najwyższy) – to właśnie między tymi miastami od prawie dwóch lat krążą akta. Przypominają przysłowiowego „gorącego kartofla”, którego żaden sędzia nie chce się tknąć, a jeśli już to robi, to tylko po, by przerzucić go do innych kolegów po fachu.

Formalnie niby wszystko się zgadza. Sędziowie się od sprawy się odsuwają, ich przełożeni muszą się z wnioskami zapoznać i tak „w koło Macieju”. Mijają tygodnie, miesiące, lata… Co chwilę słyszymy o tym, że podkarpaccy sędziowie chcą mieć „czyste ręce”, bo niektórzy utrzymywali kontakty towarzyskie, czy zawodowe z oskarżonymi. Wszystko w imię „dobra wymiaru sprawiedliwości”, że sędziowie nie chcą, by padł na nich cień podejrzeń o brak obiektywizmu, czy stronniczość.  

Wielkie, aczkolwiek ważne słowa nie przesłonią jednego – wymiar sprawiedliwości kompletnie nie potrafi sobie poradzić ze sprawą Mirosława K. Sędziowie skutecznie pracują na powielanie stereotypów, że Kowalskiego można osądzić bez problemów za kradzież cukierka, a jak przychodzi im osądzić kogoś ze „świecznika”, to sądowy paraliż nabiera rozmiarów absurdu.

Z sądu do sądu

Należy przypomnieć, jak akt oskarżenia był i jest przerzucany z jednego sądu do drugiego. Najpierw trafił do Rzeszowa. Tutejszy Sąd Okręgowy uznał, że to nie on powinien zajmować się sprawą, bo większość przestępstw zarzucanych oskarżonym została popełniona na terenie tzw. właściwości Sądu Okręgowego w Przemyślu. Ten z kolei uznał, że lepiej wyznaczyć inny sąd, bo przemyscy sędziowie utrzymali wspomniane kontakty towarzyskie i zawodowe z niektórymi oskarżonymi, więc lepiej będzie, jak oskarżonych rozliczy inny sąd.

Ten spór miał rozstrzygnąć Sąd Najwyższy. I rozstrzygnął. Wniosek SO w Przemyślu został odrzucony. Jest już kwiecień 2016 r. Przemyski sąd przychyla się do wniosku jednego z adwokatów, by ze sprawy wyłączono siedmiu oskarżonych, w tym Mirosława K., i ich proces przeniesiono znów do Rzeszowa, tym razem Sądu Rejonowego. Przemyski sąd się na to zgadza z uwagi na „ekonomikę i szybkość” procesu, ale w stosunku do sześciu oskarżonych, a tym samym w Przemyślu zostaje sprawa trzech osób.

Rzeszowski sąd nie wyznacza jednak terminu rozprawy, bo uważa, że materiał dowodowy prokuratury wymaga uzupełnienia, więc wzywa ją, by to zrobiła. W międzyczasie jeden z sześciu oskarżonych dobrowolnie poddaje się karze (wyrok skazujący jest już prawomocny).

Gdy do rzeszowskiego sądu prokuratura dosyła brakujące materiały, okazuje się, że większość  świadków, których trzeba będzie przesłuchać, mieszka w okolicach Jarosławia. Efekt? Sąd w Rzeszowie oddaje sprawę do Jarosławia. Tylko naiwni liczyli, że tamtejsi sędziowie będą chcieli mieć u siebie sprawę Mirosława K. Ci przekazują ją do Sądu Rejonowego w Przemyślu, a ten z kolei do przemyskiego Sądu Okręgowego.

SO wyznacza sąd rejonowy do poprowadzenia procesu, a sędziowie z tego przemyskiego sądu właśnie oświadczyli, że nie chcą sądzić Mirosława K.  Można się pogubić? Oczywiście.

Afery na Podkarpaciu

W 2014 r. wybucha na Podkarpaciu kolejna afera korupcyjna z udziałem kolejnych polityków, a także prokuratorów, księży, przedsiębiorców. Podkarpacie jest na ustach całej Polski.

W 2016 r. słyszymy o następnej aferze korupcyjnej, tym razem w Centralnym Biurze Śledczym Policji w Rzeszowie, a pod koniec ub. r. w ręce ABW wpada szef Biura Spraw Wewnętrznych w Rzeszowie (policja w policji), Ryszard J.

2017 rok to kolejne głośne zatrzymania: wicenaczelnika wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie, Wojciecha L., oraz byłego dyrektora Urzędu Ochrony Państwa w Rzeszowie i byłego agenta CBA.

Jak dotychczas, ani jedna osoba ze znanym nazwiskiem nie została osądzona. Na cztery lata do więzienia sąd posłał Mariana D., szefa firmy Maante z Leżajska, który korumpował najważniejsze osoby na Podkarpaciu. Ale tylko dlatego, że poddał się karze.

Strach pomyśleć, kiedy doczekamy się sądowych finałów w tych sprawach, które jeszcze leżą w prokuraturach. 

A Mirosław K. w polityce dzisiaj nic nie znaczy, w wolnych chwilach maluje obrazy.

marcin.kobialka@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ:

Comments are closed.