Rozwój Rzeszowa bez protestów mieszkańców? „Wuzetkowy” plan Buczaka

Zdjęcie: Sebastian Fiedorek / Rzeszów News
Reklama

Nie tylko interesy inwestora będą zabezpieczone przy wydawaniu decyzji o budowie wysokich obiektów – zapowiada Wojciech Buczak, kandydat PiS na prezydenta Rzeszowa. Paradoksalnie może jednak zahamować rozwój miasta.

MARCIN KOBIAŁKA, JOANNA GOŚCIŃSKA 

W sobotę w Rzeszowie Wojciech Buczak podpisał deklarację, w której zobowiązał się, że jak zostanie prezydentem, to miasto będzie rozbudowywał, chroniąc jednocześnie interes mieszkańców, jak i inwestorów. Ile jest warta ta deklaracja, to dopiero życie pokaże, ale już dzisiaj można powiedzieć, że to deklaracja „pod publiczkę”. 

Buczak i jego sztabowcy doskonale wyczuwają społeczne nastroje, są zawsze tam, gdzie iskrzy na linii mieszkańcy – prezydent Tadeusz Ferenc, czyli główny konkurent posła PiS w nadchodzących wyborach samorządowych (21 października). O tym, że Ferenc traci moc w dogadywaniu się z ludźmi, z czego dotychczas słynął, można zaobserwować od dłuższego czasu. 

PiS skrzętnie to wykorzystuje, „podpinając” się pod protesty mieszkańców. Ich głównym tematem są drogi albo wysokie budynki. Ludzie nie chcą ich przed swoimi oknami, np. na Nowym Mieście, albo boją się przymusowej wyprowadzki, gdy ratusz będzie chciał w końcu zrealizować budowę obwodnicy południowej. Przykładów jest więcej.

Wieżowce i korki oznaką rozwoju

To, że ostatni rok w Rzeszowie jest naznaczony protestami mieszkańców, widzi każdy, kto choć trochę śledzi bieżące życie miasta. Tadeusz Ferenc cały czas jednak przekonuje, że z protestami zmaga się od 16 lat, jak zaczynał urzędowanie w ratuszu, zmaga się z nimi i teraz. – To normalne w tej pracy. Muszę podejmować odważne decyzje – powtarza często Ferenc. 

Ale wcześniej protesty potrafił szybko zdławić w zarodku. Od wielu miesięcy jest już inaczej. I nie chodzi tylko o to, że samych protestów jest coraz więcej, ale przybierają one na mocy – medialnego wrzasku i zaangażowania politycznej konkurencji Tadeusza Ferenca.  Tu PiS jawi się jako ten, który rzekomo będzie wreszcie słuchał potrzeb mieszkańców. Ci z kolei dostrzegli nadzieję, że nie muszą tylko przytakiwać każdemu pomysłowi ratusza.

To widać na przykładzie Nowego Miasta – „matecznika” Tadeusza Ferenca. Tam protestów Ferenc na pewno się nie spodziewał. Ugiął się pod żądaniami mieszkańców i zapewnił, że budowy drogi przez środek osiedla nie będzie. Przyszło mu z to dużym oporem, bo ratusz dał też „zielone światło” dla budowy na osiedlu dwóch wieżowców – też oprotestowanych. Te dla Ferenca są oznaką rozwoju miasta, tak samo, jak i… korki na ulicach.   

Podpisana przez Wojciecha Buczaka deklaracja o tym, że będzie słuchał głosu zarówno inwestorów, jak i mieszkańców bardzo dobrze wypada w mediach. Kandydat PiS obiecuje, że nowe inwestycje będą musiały zachowywać ład urbanistyczny, a pod szczególną ochroną będą tereny rekreacyjne, np. nad rzeszowskim zalewem.

Nowe zasady prezydenta Buczaka

Buczak w sobotę zapowiedział, jak rozsiądzie się w ratuszowym fotelu, to wprowadzi nowe zasady. Mają one pozwolić na „wypracowanie mądrego i korzystnego dla stron kompromisu pomiędzy inwestorami chcącymi rozwijać budownictwo, a interesem społecznym i potrzebami przestrzeni publicznej”. Brzmi pięknie, prawda?

To też aluzja do polityki obecnego prezydenta Ferenca, który swoich urzędników na każdym kroku dopinguje, by inwestorom pomagali, wydawali im szybko decyzje, aby ekspresowo zaczynali biznesy w mieście. „Przyjazna” polityka ratusza wobec przedsiębiorców na Ferencu teraz jednak się mści. Co chwilę odpowiada na zarzuty, że inwestycje powstają bez głowy, w chaosie i coraz częściej wywołują protesty społeczne. 

Tak jest ze wspomnianą już obwodnicą południową (protesty osiedli Biała, Budziwój, Zwięczyca). Tak też było z Parkiem Nauki i Rozrywki, który miał powstać na Zalesiu. Gdy park nie powstał, bo o działki upomnieli się ich dawni właściciele, zaczęły się protesty mieszkańców ul. Spacerowej, gdy się dowiedzieli, że ratusz chce im „zafundować” na tym terenie sąsiedztwo z wieżowcami. 

Zdjęcie: Joanna Gościńska / Rzeszów News

Jeden konflikt goni drugi 

Podobnie jest na Drabiniance przy ul. Grabskiego w pobliżu Żwirowni. Tu blisko kąpieliska rozpoczęła się już budowa wysokich bloków, które zasłonią domki jednorodzinne. Przeciwko inwestycji podpisało się ponad 600 osób. Ratusz podobno na nie do tej pory nie odpowiedział.

Na tym jednak nie koniec. Zażegnany na Nowym Mieście konflikt z mieszkańcami uruchomił kilka dni temu kolejny. Na teren przy bloku na ul. Podwsłocze 8b, gdzie obecnie w połowie jest opustoszały pawilon handlowy, ratusz wydał warunki zabudowy na wzniesienie 42-metrowego wieżowca. Nie trudno się domyśleć, że i tym razem mieszkańcy podnieśli krzyk.

PiS wyliczył, że takich „punktów zapalnych” w Rzeszowie w tej chwili jest aż 26. Przy siedmiu powstały komitety protestacyjne. Chcą rozwoju Rzeszowa, ale z głową i bez chaosu urbanistycznego. Wojciech Buczak i PiS grają na tę samą nutę. Buczak asekuruje się twierdząc, że nie da się do końca rozwijać miasta bez negatywnego wpływu na życie ludzi. 

– Władze miasta nie sięgają po rozwiązania, które są mniej uciążliwe dla mieszkańców – twierdzi Buczak. – Z jakiegoś powodu władze Rzeszowa wydają warunki zabudowy dla inwestorów w miejscach, gdzie budów być nie powinno – dodaje.

PiS: Miasto nie tylko inwestorów

To z „jakiegoś powodu” łatwo wytłumaczyć. Warunki zabudowy, czyli tzw. „wuzetki”, które rozpoczynają proces uzyskiwania pozwolenia na budowę przez inwestora, ratusz musi wydawać. Problem jednak w tym, co urzędnicy wpisują do „wuzetki” inwestorowi, jakie ma on spełnić warunki, by dostać pozwolenie na budowę. One często mieszkańcom się nie podobają, a o inwestycji dowiadują się, gdy na budowę wjeżdża pierwsza koparka. 

– Rolą władz samorządowych jest słuchanie mieszkańców i uwzględnianie ich opinii przy wydawaniu „wuzetki”. Nie można uwzględniać tylko potrzeb inwestorów – twierdzi Wojciech Buczak.

Obiecuje, że „ogniska zapalne”, jeśli wygra wybory na prezydenta Rzeszowa, będzie „wygaszał”. – „Wuzetki” będą wydawane na zupełnie innych zasadach, oczywiście w zgodzie z istniejącym prawem – zapowiada Buczak. – Nie chodzi o to, by przyhamować rozwój Rzeszowa, a to, by nowe inwestycje prowadzono czytelnie, zarówno dla mieszkańców, jak i inwestorów – mówi Buczak.

I tutaj właśnie jest „pies pogrzebany”. Szerokie konsultacje z mieszkańcami i inwestorami dobrze brzmią tylko w teorii. W praktyce może się to skończyć tym, że proces wydawania pozwoleń na budowę będzie się przeciągał w nieskończoność, a Buczak będzie się bał podjąć decyzję, by nie narazić się elektoratowi, o który tak chętnie zabiegał, a który mu uwierzył.

– Ze strachu nie podejmie żadnej decyzji. W mieście będzie „pustynia” – prorokują nasi rozmówcy z ratusza. 

Analiza przed „wuzetką”

Wojciech Buczak obiecuje też, że nie tylko głosu mieszkańców będzie się wsłuchiwał, ale także radnych. To również aluzja do Tadeusza Ferenca, że opiniami radnych się często nie przejmuje, traktuje ich jak „maszynki” do głosowania, by spełnili najbardziej absurdalne pomysły prezydenta. – Uchwały, zobowiązujące prezydenta do podjęcia określonych zadań czy kierunków rozwoju miasta, są lekceważone – wytyka Ferencowi Buczak.

Trudno się z tym nie zgodzić. Wojciecha Buczaka wspierają miejscy radni PiS. Jeden z nich, Robert Kultys (z zawodu architekt) uważa, że „wuzetki”, które wywołują tak duże protesty, powinny być wydawane na podstawie wcześniej przeprowadzonej analizy urbanistycznej. Według polityków PiS, ograniczyłaby ona protesty. 

– Przygotowanie analizy jest właśnie momentem, w którym należy szukać kompromisu. Analiza określa, jaka zabudowa jest możliwa, jaka zabudowa nie burzy ładu przestrzennego. To moment, gdzie trzeba określić interesy społeczne i szukać kompromisu – uważa Kultys.

Problem w tym, że „szukanie kompromisu” może trwać i trwać, a kończąc protesty przeciwko „czemuś”, otworzy się nowy pod hasłem: „Budujcie cokolwiek”. 

Zdjęcie: Joanna Gościńska / Rzeszów News

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama