Reklama

Czy po 188 latach od nadania rzeszowskiej ulicy nazwy ul. Pańska, można jeszcze poczuć klimat targowy, poczuć jak nasi przodkowie spotykali się na jarmarkach, by zrobić zakupy, sprzedać wyhodowanego świniaka lub zwyczajnie porozmawiać z kumą lub kumem z drugiego końca wsi?

[Not a valid template]

 

13. Święto Paniagi, czyli ulicy 3 Maja, rozpoczęło się we wtorkowe południe. Deptak był pełen ludzi. – Te tłumy oznaczają, że ludzie identyfikują się z Rzeszowem, że miasto żyje, chce się rozwijać i potrzebuje takich świąt, jak to – mówił podczas otwarcia Tadeusz Ferenc, prezydent Rzeszowa.

Ferenc przypomniał krótką historię Paniagi. Świętowanie ulicy 3 Maja to pomysł Jerzego Fąfary, rzeszowskiego literaty. – Te tłumy oznaczają, że dzisiejsze święto trafiło do odpowiednich ludzi – dodawał Jerzy Cypryś, przewodniczący sejmiku podkarpackiego.

Do Rzeszowa przyjechał także Ferenc Kovács, prezydent Nyíregyháza. To blisko 120-tysięczne miasto od 20 lat współpracuje z Rzeszowa i właśnie z tej okazji tegoroczna Paniaga nawiązywała do węgierskiej kultury. Były węgierskie tańce, można było zasmakować węgierskiego gulaszu, w restauracjach serwowane węgierskie potrawy.

Przed sceną przy kościele farnym zaprezentowała się orkiestra „Szałamaistek” i zespół mażoretek „Incanto”. Po oficjalnych przemówieniach rozpoczął się tradycyjny taneczny korowód, który ruszył w stronę fontanny, multimedialnej.  Przy dźwiękach Poloneza zaprezentowały się liczne zespoły w barwnych strojach.

Nie zabrakło ludowych akcentów – tancerze mieli na sobie ubrania reprezentujące region rzeszowski, sądecki oraz węgierski. Uwagę zwracali najmłodsi uczestnicy, którzy byli przebrani m.in. za kolorowe, neonowe motylki, czy małe urocze dynie.

Tradycja i nowoczesność

Na scenie przy kościelnym farnym pojawiło się intrygujące trio – „Folk and Break”. Trzej przystojni Węgrzy swoją gibkością i giętkością zachwycili niejedną Polkę. W swoim pokazie zaprezentowali połączenie tradycyjnego węgierskiego tańca z breakdancem.

Po tym energetycznym występie zaprezentował się zespół „Ezerjo”, składający się z dwóch grup: dziecięcej i dorosłej. Grupa prezentowała tradycyjne tańce węgierskie. Punktem kulminacyjnymi występu był mężczyzna z wąsem grający na lirze korbowej, czyli gitarze z korbką. W rytm nietypowego instrumentu tańczyły dwie dziewczynki.

Następnie na scenie zespół ze Słowacji zaprezentował tradycyjne rodzime tańce oraz ludowe pieśni. Po nich pojawił się zespół z Węgier – Hungarian Fonodo Dance Grup. Prowadzący był pod wrażeniem kondycji członków zespołu, którzy przez 30 minut podskakiwali, tuptali i wirowali na scenie.

Taneczny zawrót głowy przy kościele farnym zakończył pokaz XVII-wiecznej musztry i szałów z muszkietów. Pokazem dowodziła kobieta o niebywałej charyzmie i potężnym glosie. – Obawiałbym się takiej żony – żartował prowadzący. – Gdybym usłyszał: „zrób śniadanie”, nie miałbym odwagi się sprzeciwić – dodawał z uśmiechem.

Niewiele atrakcji na 3 Maja

Ulica Pańska, znana jako miejsce targowe, jarmarczne niegdyś rozciągała się od kościoła farnego ku alei Pod Kasztanami i Zamkowej. W poprzednich latach stragany z różnościami rozstawione były na całej długości.

W tym roku poszukiwacze wrażeń jarmarczno-odpustowych mogli poczuć się zawiedzeni. Na ul. 3 Maja niewiele było atrakcji. Jedynie magik z małym pudełkiem, lemoniada do picia, otwarta Galeria R__Z, stolik z dawnymi monetami i banknotami, ikony, jegomość wyplatający z wiklinowych patyków butelkę, skórzane torby sprzedawane przez bacę Józefa Tótha i biżuteria.

– Patrz Dorota, jakie facet ma wąsy? – zachwycał się do córki ojciec.

– Nic tu nie ma. Idziemy na książki – stwierdził jeden z przechodniów.

Kiermasz starych książek z Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie, który znajdował się na placu wewnątrz Muzeum Okręgowego przyciągał chętnych zapalonych bibliofilów, którzy nie odstępowali regałów z księgozbiorem biblioteki, dopóki nie zostali usatysfakcjonowani znaleziskami.

Na ul. 3 Maja największą atrakcją były konie dosiadane przez członków Konnej Straży Ochrony Przyrody i Tradycji im. 20 Pułku Ułanów.

Prawdziwie jarmarczny klimat Paniagi  z XIX w. można było poczuć pod kasztanowcami, czyli al. Pod Kasztanami. Przez całą długość alejki ciągnącej się wzdłuż fontanny multimedialnej były rozstawione stragany, a w nich serki oscypki, wędliny, chleby, przyprawy, serca piernikowe i z marcepanu.

– Patrz, jest chałwa! Ale trochę droga – stwierdziła jedna z oglądających.

Gwar jak na targu

W cieniu drzew, przy fosie Zamku Lubomirskich, sprzedawano różnego rodzaju mydła, na przykład kokosowe lub z miodem, zegarki, zawieszki z hasłami: „Dom bez kota jest zwykłym mieszkaniem”.

Były też kamienie, czapki i opaski robione na drutach, sztuczne kwiaty, szmaciane lalki i poszewki na poduszki, malowane kapliczki na drewnianych deskach, torby skórzane, buty z włóczki, ceramiczne figurki, serwetki robione na szydełku i inne rozmaitości.

Temu wszystkiemu towarzyszył gwar jak na targu. Ludzie oglądali i kupowali, jednak częściej oglądali.

Na zakończenie Święta Paniagi na scenie rzeszowskiego Rynku odbyła się „Księżniczka Czardasza” -operetka Emmericha Kalmana.

SABINA LEWICKA, JOANNA GOŚCIŃSKA

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: