Zdjęcie: Kobieta urodziła dziecko na SOR w Leżajsku (fot. Pixabay)
Reklama

Zamknięcie porodówki w Leżajsku i głośny poród na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym rozpaliły ogólnopolską dyskusję o przyszłości opieki okołoporodowej. Właśnie w tym mieście na Podkarpaciu kobieta urodziła dziecko na SOR-ze po wcześniejszym zamknięciu lokalnego oddziału położniczego.

Sprawa, o której informowało Radio Eska, szybko trafiła do Sejmu i stała się symbolem szerszego problemu – znikających porodówek, spadającej liczby urodzeń i prób ratowania systemu przez Ministerstwo Zdrowia nowym rozporządzeniem.

Podkarpacie traci kolejne porodówki

Z końcem 2025 roku zamknięto oddział położniczo-ginekologiczny w Leżajsku. Pacjentki z powiatu leżajskiego najczęściej są kierowane do Łańcuta lub Rzeszowa. W regionie wcześniej głośno było także o problemach finansowych i zamknięciu porodówki w Lesku.

To wpisuje się niestety w ogólnopolski trend, ponieważ tylko w 2025 roku zamknięto 26 oddziałów położniczych. Dla wielu mieszkanek mniejszych miejscowości oznacza to dłuższy dojazd, większy stres i obawy o bezpieczeństwo w nagłych sytuacjach.

Poród na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Leżajsku stał się dowodem, że system w praktyce bywa niewydolny, choć jak podkreślają władze, takie sytuacje mają być skrajnie rzadkie. Warto dodać, że według informacji Radia Eska, poród na leżajskim SOR-ze zakończył się powodzeniem, głównie dzięki dyżurującej tam położnej. Kobieta wraz z jej nowo narodzonym dzieckiem, zostali później przetransportowani do szpitala w Rzeszowie.

Trudna sytuacja kobiet kontra demografia

Sprawa z Leżajska wywołała ostrą debatę w Sejmie. Posłanki opozycji mówiły o „piekle kobiet” i cofnięciu opieki okołoporodowej o 20 lat. Padały zarzuty, że rząd dopuszcza do sytuacji, w których kobiety są zmuszone do rodzenia właśnie na SOR-ach, gdzie często trafiają osoby z niewielkimi dolegliwościami, ale też przenoszące zaraźliwe choroby, czy nawet skrajnie pijani pacjenci.

Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski odpierał te zarzuty, podkreślając, że porody w takich miejscach mają mieć wyłącznie charakter interwencyjny i incydentalny. Według resortu, zamykanie porodówek to w dużej mierze efekt demografii i decyzji samorządów, a nie centralnej polityki rządu.

Pokoje narodzin zamiast porodówek?

Kluczowym elementem zmian ma być nowe rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia. Zakłada ono tworzenie tzw. „pokoi narodzin”, czyli interwencyjnych punktów położniczych przy izbach przyjęć lub SOR-ach w szpitalach, które nie mają już oddziałów położniczych i znajdują się ponad 25 km od najbliższej porodówki.

W takich miejscach całodobowo ma dyżurować położna. Jej zadaniem będzie ocena stanu ciężarnej, podjęcie decyzji o transporcie do szpitala z porodówką, lub w wyjątkowych sytuacjach – przyjęcie porodu na miejscu. Resort zapewnia, że nie będą to planowe porody, a pokoje narodzin mają być wyposażone jak sale porodowe, z pełnym podstawowym sprzętem.

Reklama

Ministerstwo podkreśla, że chodzi o bezpieczeństwo w nagłych przypadkach, gdy kobieta nie zdąży dojechać do specjalistycznego szpitala. Według danych resortu takich sytuacji w skali kraju jest zaledwie kilka rocznie.

Krytyka i wątpliwości konstytucyjne

Rozporządzenie wywołało sprzeciw części organizacji społecznych, w tym Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, który alarmuje, że przerzucanie odpowiedzialności na pojedyncze położne to „państwowa prowizorka”. Wątpliwości zgłosiło także Rządowe Centrum Legislacji, wskazując, że kryterium odległości od szpitala może rodzić problem nierównego dostępu do świadczeń.

Resort zdrowia odpowiada, że właśnie dzięki tym zmianom dostęp do opieki w nagłych przypadkach ma być bardziej wyrównany, zwłaszcza w powiatach, gdzie porodówki już zniknęły. Takiej argumentacji nie przyjął jednak sejmowy klub Prawa i Sprawiedliwości. – Mamy do czynienia z prawdziwym dramatem, piekłem kobiet. Nie wyobrażamy sobie, żeby kobiety mogły rodzić na SOR-ach – mówiła w Sejmie posłanka PiS, Urszula Rusecka.

Kobiety wybierają większe szpitale

Eksperci i lekarze zwracają uwagę, że problem nie sprowadza się wyłącznie do decyzji administracyjnych. Coraz więcej kobiet świadomie wybiera poród w dużych, wyspecjalizowanych szpitalach, gdzie jest więcej personelu, nowoczesny sprzęt i większe doświadczenie wynikające z dużej liczby porodów.

Konsultanci krajowi i przedstawiciele środowiska medycznego podkreślają, że oddziały, w których odbywa się mniej niż 300 porodów rocznie, mają trudności z utrzymaniem pełnych standardów bezpieczeństwa. W praktyce to właśnie niska liczba porodów sprawia, że takie oddziały są nierentowne i zamykane.

Demografia bezlitosna dla systemu

Tłem całej sytuacji jest dramatyczny spadek liczby urodzeń. W 2024 roku w Polsce urodziło się około 252 tys. dzieci, a w pierwszej połowie 2025 roku liczba urodzeń była o kolejne kilkanaście tysięcy niższa niż rok wcześniej. Współczynnik dzietności spadł do około 1,1, a przyrost naturalny pozostaje wyraźnie ujemny.

To sprawia, że utrzymywanie porodówek w mniejszych szpitalach staje się coraz trudniejsze finansowo. NFZ płaci za wykonane świadczenia, czyli za porody, a nie za samą gotowość oddziału. Przy małej liczbie pacjentek koszty kadrowe i organizacyjne szybko przewyższają przychody.

Dla ciężarnych mieszkanek Podkarpacia zamknięcie porodówek w takich miastach jak Leżajsk czy Lesko, to jednak realna zmiana w codziennym poczuciu bezpieczeństwa. Z jednej strony system próbuje zabezpieczyć nagłe sytuacje poprzez pokoje narodzin, z drugiej coraz więcej porodów będzie się koncentrować w dużych ośrodkach, takich jak Rzeszów.

Czytaj więcej:

Nowoczesny sprzęt dla najmłodszych pacjentów. Przełomowe zabiegi w USK w Rzeszowie [ZDJĘCIA]

Czytasz Rzeszów News? Twoje wsparcie pozwoli nam działać sprawniej.

 

Reklama