Ewa Minge z nową kolekcją w Rzeszowie – „Ave Eva” [ZDJĘCIA, ROZMOWA]

Reklama

Kilkadziesiąt osób przyszło w sobotni wieczór na spotkanie z Ewą Minge. Najbardziej rozpoznawalna polska projektantka mody w swoim salonie w Millenium Hall w Rzeszowie zaprezentowała swoją nową kolekcję „Ave Eva”. 

 

Marcin Kobiałka: „Ave Eva”. Prowokacyjnie…

Ewa Minge: No tak… Ktoś może pomyśleć, że to będzie jakiś rodzaj megalomanii, ale przecież moja marka nazywa się „Eva Minge”. Pierwsza kobieta miała na imię Ewa, sama za swoim imieniem nie przepadam. „Ave Eva” to marka dedykowana dla kobiet, choć myślałam o marce „Ave Adam”, ale jest jeszcze na to za wcześnie.  

„Ave Eva” to hołd dla kobiet, wynik impulsu, kiedy szukałam odpowiedzi, jak zadowolić moje fanki, które do mnie piszą i mówią, że nie do końca stać je na moją pierwszą linię albo nie mają takiego rodzaju pracy, spotkań, wyjazdów, że mogłyby nosić tak eleganckie rzeczy, nawet w wydaniu sportowym są one szalenie eleganckie, bardzo luksusowe. 

Moje fanki nie czuły potrzeby, nie mają możliwości chodzenia w tej modzie luksusowej, dlatego dostały ode mnie drugą linię – „Ave Eva”, która jest lżejsza cenowo, nie jest przeznaczona na wielki bal, jest też linią weekendową. Też ma być linią luksusową, bo przecież musimy czuć się luksusowo w domu, na zakupach, na wakacjach. 

Przesada.

Nie. W luksusie nie chodzi oto, żeby mieć na sobie rzecz za 100 tys. zł i nosić torebkę z zamordowanego krokodyla w cenie domu, tylko by czuć się wygodnie, mieć świadomość, że noszone rzeczy są biodegradowalne, że nie niszczymy planety. Nie musimy zbyt wiele płacić za rzeczy wywodzące się z dobrego domu mody z 30-letnią historią, gwarant nowej marki.

No właśnie… Wróćmy do niej.

– Ewa w „Ave Eva” występuje jako pierwsza kobieta. „Ave” pochodzi z tytułów włoskiej prasy, która przed laty o mnie pisała „Ave Eva”. „Ave”, jak mówiłam, jest hołdem dla kobiet. Moda jest jednym z elementów mojego życia. Chciałam, by kobiety myślały o sobie w kategorii ave, zwycięstwa. „Ave Eva” ma podkreślać, że my, kobiety, często gdzieś w środku boimy się podejmować drastyczne decyzje. 

Dlaczego akurat drastyczne?

– Bardzo często rozmawiam z kobietami, które chciałyby zmienić swoje życie prywatne, bardzo długo walczyły o swoje małżeństwo, ale nic im to nie nie daje, nie czują się szczęśliwe. Mówią: „Boże, jestem rozwódką, jak to będzie?” albo „Jak on sobie beze mnie poradzi?”. Mając nawet z boku oprawcę czujemy się za niego odpowiedzialne, jak on będzie żył… 

Martwicie się brakiem wygód, które dajecie nam, mężczyznom? 

– Otóż to. Kobieta w pewnym sensie jest gwarantem tych wygód, zwłaszcza kobiety z mojego pokolenia. Często chcemy zachować rodzinę, bo są dzieci, boimy się zmienić pracę, która daje nam poczucie bezpieczeństwa, mówimy sobie: a co będzie, jak się nie uda, co z dziećmi? Tą kolekcją chciałam kobietom dodać odwagi w drastycznych, odważnych cięciach.

Załóż dres i biegnij. Tak? 

– Właśnie tak. Biegnij „Ave Ewa”, „Ave Ania”, „Ave Majka”, „Ave Kasia”, „Ave Basia”… Pracujemy nad spersonalizowaną linią. Dziewczyny będą mogły nosić „Ave Ania”, „Ave Kasia”, „Ave Basia”… To linia pozytywna, oparta na prostych formach architektonicznych, konsultowana z grafikami, trendsetterami, ale też z ludźmi z podziemia muzycznego. 

Niezależna?

– Tak, ale linia zarazem niezwykle kobieca. Niezależna kobieta wcale nie musi mieć męskich butów i garniturów, a nawet jeśli, to niech to robi, jak Marlena Dietrich – z rozpiętą koszulą i będzie widać jej auty i kobiecość. Nie unikajmy naszej płci, nie odwracajmy się od niej. Bądźmy kobietami w luźnym, szalonym dresie. 

„Ave Eva” jest kierowana do młodych kobiet, ma zadowolić młodsze pokolenie, które często nawiązuje ze mną kontakt, dla tego pokolenia jestem wyznacznikiem sukcesu. Jestem projektantką, ale też od wielu lat zajmuje się biznesem. Reaguję też na potrzeby rynku. W pierwszej linii „Eva Minge” nie mogę sobie pozwolić na tkaniny biodegradowalne. 

W „Ave Eva” przemyśleliśmy wszystko, logo, które ma w sobie dwa serca, czyli kobieta kobiecie, kobieta mężczyźnie. Mam też dwóch synów i prawie synowe. Jeden z nich, oprócz tego, że jest psychologiem, zajmuje się sportami walki. Ostatnio zaczęłam ćwiczyć japoński miecz, posługuję się kataną. „Ave Eva” jest też wojowniczą linią. 

Z kolei mój drugi syn przez wiele lat tworzył hip-hop, dzisiaj ma swoją agencję reklamową. środowisko hip-hopu jest mi bliskie, brand menadżer mojej marki tworzył hip-hop, współpracuje z najlepszymi hip-hopowcami, obsługuje ich graficznie.  

O czym ma to świadczyć?

– Z jednej strony, że mam doświadczenie projektantki, dojrzałej kobiety, która wie, jak się robi modę. Z drugiej strony, słucham, rozmawiam, podpatruję, uczę się, czego oczekują młodzi ludzie. Pokolenie moich synów nie jest zapatrzone w marki, trendy, niekoniecznie czyta Vouge, nie patrzy na to, co daje bycie w Elle, czy innych gazetach modowych. 

To pokolenie wzrokowców, pokolenie świadome, któremu musi się coś podobać. Musi być nie tylko ta strona wizualna, ale też fajna historia – wolność, luz…

Jest wam, projektantom, teraz trudniej?

– Mnie nie. Byłam niezależna już jako dziecko. W czasach komuny miałam problemy w szkole z powodu wyglądu, wizerunku, zachowania. Miałam może dwa razy świadectwo z czerwonym paskiem ze średnią ocen 5.0, zachowanie miałam obniżone za poglądy, dyskusje, bicie się. Mam 53 lata, ale dalej w sobie 15-, 16-, czy 20-latkę zbuntowaną. 

W „Ave Eva” bardziej się wyżywam. To jak chodzenie do tej samej restauracji. Pracuję nad jedną marką, zmieniam restaurację i wchodzę w drugą markę. Jak mi się przeje, wrócę do pierwszej. Mam doświadczony zespół i wygodę doświadczonego projektanta. Mogę się przerzucać z kanapy na tkaniny, z tkaniny na buty, z butów na torebkę. 

Każda rzecz w tym salonie jest spod Pani ręki?

– Każda. Światową premierę „Ave Eva” planuje w lutym przyszłego roku na New York Fashion Week. 

W niedzielę, 8 marca – Dzień Kobiet. Czego Pani im życzy? 

– By miały świadomość, że tak naprawdę mogą wszystko. Życzę kobietom, by pamiętały, że mężczyźni są nam niezbędni do życia. 

Feministek Pani nie lubi… 

– Nie lubię. Feministki robią nam, kobietom, krzywdę.

Jaką?

– Zrażają nas do mężczyzn, nastawiają do nich wrogo, zakładają, że wszystko co złe na świecie, jest dziełem mężczyzn. Co innego walka o prawa kobiet, a co innego rozhisteryzowany feminizm. Co z tego, że mój mąż, partner lubi, żebym czasem pokazała się w szpilkach, skoro na siłę zrobię sobie dredy na głowie, będę nosiła ciężkie buty, suknie, które zakryją całą swoją kobiecość. A potem płacz, że on taki cham i poszedł do sąsiadki.  

Żeby było jasne, związki homoseksualne mi absolutnie nie przeszkadzają. Natomiast przy różnych płciach, pamiętajmy, że są to różne płcie. Starajmy się z płci wyciągać to, co najlepsze. Nie jestem feministką. Feminizm jest dla mnie pojęciem niezrozumiałym. 

A może po prostu forma kuleje. 

– Może. W moim pierwszym małżeństwie to ja byłam tym ogniwem, które zarabiało. Podczas rozwodu zostawiłam cały majątek, by szybko wyjść z małżeństwa. Wiedziałam, że sobie poradzę. Dzisiaj mam obok siebie partnera, który jest silniejszy ode mnie, przy którym czuję się kobietą.

Całe życie marzyłam, żeby nie załatwiać w życiu wszystkiego samej. Jeżeli chcemy czuć się małe, delikatne, takie czasami nieporadne i być rozpieszczane, to z boku musimy mieć silnego mężczyznę. Który mężczyzna będzie chciał wrzeszczącego, krzyczącego „rottweilera”? Marzyłam o tym, by miał kto o mnie zadbać, żebym wreszcie mogła się poczuć kobietą.

Podczas pierwszego małżeństwa byłam ojcem i matką, do tej pory od synów z okazji Dnia Ojca dostaję kwiaty. Co by feministki nie krzyczały, nie mówiły, jesteśmy, jako kobiety, zdecydowanie stworzone do tego, by ten pierwiastek kobiecości, który mamy genetycznie wbudowany, pracował i był świadomy. On się budzi przy mężczyźnie. 

Rozmawiał: MARCIN KOBIAŁKA

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama