Zdjęcie: Maciej Rałowski / Teatr im. W. Siemaszkowej
Reklama

„Orestes” obnażył mechanizm zdobywania władzy, „Ku Klux Klan. W krainie miłości” to historia o tym, jak tworzyć rasistowskie struktury, z kolei „Beniowskiego. Balladę bez bohatera” albo się kocha, albo… To jednak nie wszystko, co czeka na nas jeszcze podczas 5. Festiwalu Nowego Teatru – 57. Rzeszowskich  Spotkań Teatralnych.

5. FNT trwa w najlepsze. Co cieszy, to tłumy na każdym spektaklu, wśród których nie brakuje i młodych twarzy. Za nami już trzy dni uczty teatralnej i trzy spektakle konkursowe: „Beniowski. Ballada bez bohatera” wg Juliusza Słowackiego w reżyserii Małgorzaty Warsickiej z Teatru Nowego w Poznaniu, „Ku Klux Klan. W krainie miłości” wg Katarzyny Surmiak-Domańskiej” w reżyserii Macieja Podstawny z Teatru Nowego w Zabrzu i „Orestes” wg Eurypidesa, reżyserii Michała Zadaray z Centrali Warszawa.

„Beniowski. Ballada bez bohatera”

 

Pierwszy ze spektakli był bardziej koncertem niż sztuką w klasycznym ujęciu. Pięć aktorek ubranych w stroje mocno akcentowane kolorystycznie – srebrne, czerwone i złote spodnie, futro, pióra i mocne solidne buty, u jednej nawet glany. Ubrania przylegają do ciała, co podkreśla dodatkowo kobiecość aktorek. Są też elementy ludowe. To wszystko składa się na swego rodzaju dzikość i tworzy plemię różnych subkultur.

Każda z aktorek śpiewa, gra na jakimiś instrumencie i mówi do nas Słowackim. W ich ustach brzmi on zupełnie inaczej, nowocześniej. Momentami widz skupia się nie tyle na tym co, a jak jest mówione. Poza rockowymi aranżacjami muzycznymi pojawiają się także liryczne, a momentami przypominające pieśni ludowe dziadów.

Ciekawa jest także sama scenografia. Na „dzień dobry” wita nas pięć kobiet przy mikrofonach, a w tle sprzęt muzyczny. Po prawej stronie sceny ukrywają się grający na nim mężczyźni. Lewa strona i środek są luźniejsze, przeznaczone dla pań. Zmianę i rozwój akcji sygnalizują światła i pojawiający się od czasu do czasu dym w zależności od potrzeby.

Ciekawym elementem scenografii są także metalowe elementy wiszące w powietrzu, które sięgają aż do publiczności. W pewnym momencie służą one jako instrument.

Po obejrzeniu takiej wersji „Beniowskiego…” na pewno nie wychodzi się obojętnym. Dlaczego? Bo to sztuka, która nas całkowicie zachwyci, albo całkowicie odrzuci. Wydaje się, że coś pomiędzy nie wchodzi w tym przypadku w grę.

Ku Klux Klan

 

Drugi spektakl o amerykańskiej organizacji rasistowskiej Ku Klux Klan to swego rodzaju reportaż na scenie. Do miasteczka Harrison w stanie Arkansas przyjeżdża reporterka Kate i sprawdza, jak wygląda życie klanu. Na początku jest miło. Weseli mieszkańcy, którzy przekonują, że ich ugrupowanie ma sens i nie jest takie straszne, jakby się mogło wydawać. Dlaczego? Bo są szczęśliwymi BIAŁYMI ludźmi.

Jak więc promować swoje racje, aby nie być posądzonym o rasizm? Nie mówić: „nienawidzę czarnych”, tylko „kocham białych”, nie mówić „jestem antyczarny”, tylko probiały” i do tego jeszcze wmieszać Boga i wartości religijne. Pod taką „przykrywką” ludzie łykną wszystko, bo przecież Ku Klux Klan chce promować miłość, a nie nienawiść.

Kogo w szczególności przyciągają? Tych, którzy w normalnym świecie czują się słabi, zagubieni. W klanie dostają „white power”, dzięki czemu czują się silni i ważni, a przy okazji są wiernymi wyznawcami.

Kate przygląda się temu wszystkiemu wysłuchując kolejnych historii. Nie komentuje ich, czasem o coś dopytuje. W momentach, w których się nie zgadza na to, co mówią ludzie z Klanu „wyje”. jak syrena alarmowa sygnalizując widzowi, że musi słuchać uważniej, bo coś tu nie gra.

Generalnie na scenie jest wesoło, historie kolejnych bohaterów przeplatają się songami i obrazkami życia miasta. Jest też radosna integracja aktora ze „szczekliwymi białymi ludźmi” z publiczności. Uśmiech na twarzy, miłe gesty, pochwały i to każdorazowe natarczywe akcentowanie słowa „biały” i pytanie o znajomych, rodzinę, czy znasz takiego, takiego…

Na pierwszy rzut oka nie da się w tym zachowaniu wyczuć czegoś złego. Przecież jest bardzo miło. Publiczność się śmieje. Nikt nie zwraca uwagi na to, że chodzi o tą biel, białą rasę, że to roztaczanie wizji, że i ty możesz być współtwórcą Klanu, masz przecież rodzinę, znajomych…

W miarę upływu czasu robi się coraz strasznej. Mili mieszkańcy miasteczka Harrison w stanie Arkansas coraz bardziej przed widzem odkrywają karty swojej szaleńczej ideologii „Ku Klux Klan. W krainie miłości” to mechanizm „uwodzenia” i tworzenia się niebezpiecznych ruchów narodowych, rasistowskich, gdzie nierzadko żeruje się na osobistych tragediach, słabościach, niepowodzeniach i naiwnościach, by „wyprać” mózg i przekonać do siebie.

To, co zaskoczyło mnie w tym spektaklu, to chyba to, że dałam się w pewnej chwili wciągnąć na tyle w grę, że przeszła mi przez głowę myśl, że hołdowanie białej i tylko białej rasie bez społecznej wrażliwości i odruchów ludzkich jest OK. To tylko świadczy o tym, że zło opakowane w papierek dobrych uczynków jest bardzo trudno rozpoznawane, a co najgorsze, trudno rozpoznawalne.

„Orestes”

 

Środowy spektakl o „Orestesie” wg Eurypidesa był z antyku. Tylko pozornie. Ze starożytną wersją zgadzał się w miarę bieg wydarzeń i tytuł. Orestes morduje matkę i jego kochanka, do czego namawia go siostra Elektra. Za ten występek oboje zostają skazani na śmierć. Próbują po dobroci na wuju wywrzeć chęć pomocy. Nie udaje się. Sięgają więc po przemoc siłą – chcą zabić jego żonę, a córka ma stać się zakładniczką. W końcu interweniuje Apollo, u Zadary stylizowany na rosyjskiego mafiozo, który daje rozwiązanie patowej sytuacji, mówiąc, kto ma się ukryć, a kto zginąć.

I to by było na tyle z antyku. Aktorzy: Barbara Wysocka, Mateusz Łasowski i Paweł Procki są ubrani współcześnie – białe koszule i czarne spodnie, w przypadku Wysockiej czarna spódnica. Ta trójka gra kilka postaci niezależnie od płci. Antyczne maski zastępują napisy, które wyświetlane są na płachcie. Tam pojawiają się też całkowicie współczesne zdjęcia, które obrazują rozwój akcji. Współczesny jest też język tej historii, nierzadko okraszony mocniejszymi, nawet wulgarnymi akcentami.

Współczesny jest też chór, którym jest kapela rockowa. Graja w niej trójka aktorów, która odtwarza też role dramatyczne. Zdecydowanie lepiej idzie im to drugie, niż bycie garażowym bandem.

O tym, że „Orestes” Zadary będzie tragedią wiemy już od początku, gdy Elektra przedstawia drzewo genealogiczne swojej rodziny. W pierwszej wersji jest czyste. W drugiej skalane czerwonymi plamami na wzór krwi. To nie przypadek, ponieważ te „czerwone” imiona już nie żyją. Zamordował ich wróg, przyjaciel, mąż, żona, syn…

To, że coś zaczyna się ponuro nie oznacza, że będzie tak przez cały czas. Zadara w historię tragiczną wplótł całkiem sporo elementów komediowych. Widzowie, co rusz wybuchali śmiechem, gdy odgrywano np. scenę zbiorowego samobójstwa.

To, że jest wesoło, nie oznacza, że przesłanie nie jest poważne. Dlaczego? Bo Zadara w doskonały sposób pokazał mechanizm przejmowania władzy, który jest przecież aktualny do dziś. Co prawda politycy się wzajemnie nie mordują (jeszcze), ale posuną się do wielu rzeczy, aby zniszczyć przeciwnika i przejąć władze, czyż nie?

„(Kobiet) Apetyt na Szekspira”

 

Poza spektaklami konkursowymi na Małej Scenie we wtorek odbyło się świetne czytanie performatywne „(Kobiet) Apetyt na Szekspira” napisany przez Olivię Negrean, wyreżyserowany przez Magdalenę Mosteanu i zagrany przez kobiety, aktorki Teatru im. W. Siemaszkowej: Dagny Ciporę, Annę Demczuk, Małgorzatę Machowską, Barbarę Napieraj i Małgorzatę Pruchnik-Chołkę oraz gościnnie występującą aktorkę Natalię Szulc.

To czytanie w 100. rocznicę nadania Polkom praw wyborczych było w punkt. Dlaczego? Bo kobiety, którymi były bohaterki dramatów Szekspira, m.in. Lady Makbet, czy Ofelia, a także mniej znana Izabela z „Marki za Miarkę”, czy królowa Anna z „Króla Ryszarda III”, spotkały się na gotowaniu, czynności, która stała się podstawą do dość niechlubnego stereotypu „baby przy garach”.

Podczas gotowania kobiety opowiadają sobie swoje historie, dyskutują o problemach z mężami, że nikt ich nie słucha, płaczą, żartują i piją wino. Choć ich losy są zmyślone to niejedna kobieta może się w nich przejrzeć, jak w lustrze. W pewnym momencie dostają szansę na napisanie swojego życia od nowa. Nie robią tego tylko, dlatego, że to mogłoby wpłynąć na losy innych postaci.

Mam nadzieję, że kiedyś w przyszłości to czytanie przekształci się w pełny spektakl z kostiumami, bo aż żal, że mogła go zobaczyć jedynie tylko grupa osób, która przyszła na czytanie.

5. Festiwal Nowego Teatru potrwa do soboty (24 listopada). W kolejnych dniach zobaczymy takie spektakle jak: „Hańba” wg J.M. Coetzee’go w reżyserii Michał Wierzchowski z Teatru Ludowego w Krakowie, nasz „Lwów nie oddamy” Katarzyny Szyngiery, Marcina Napiórkowskiego i Mirosława Wlekłego oraz „Kochanie, zabiłam nasze koty” Doroty Masłowskiej, w reżyserii Rafała Dziwisza w wykonaniu aktorów  z Akademii Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie.

Festiwalowi patronuje Rzeszów News.

PROGRAM 5. FESTIWALU NOWEGO TEATRU

Czwartek (22 listopada)

– godz. 19.00 Hańba wg J.M. Coetzee’go, reż. Michał Wierzchowski, Teatr Ludowy w Krakowie (120 min) /Duża Scena – wstęp 10 zł

– godz. 21.15 Rozmowy o teatrze /Foyer

Piątek (23 listopada)

– godz. 15.00 Coś w rodzaju gniewu reż. zespół Teatru nieUGiętych Uniwersytetu Gdańskiego (ok. 40 min) /Szajna Galeria – wstęp 5 zł

– godz.16.00 panel Nowy teatr – kondycja, idee, perspektywy/Szajna Galeria – wstęp 5 zł

– godz.19.00 Lwów nie oddamy reż. Katarzyny Szyngiery, Marcina Napiórkowskiego i Mirosława Wlekłego, reż. Katarzyna Szyngiera, Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie (100 min) /Duża Scena – wstęp 10 zł

– godz. 21.00 Rozmowy o teatrze /Foyer

– godz. 22.00 Koncert /Parole Art Bistro

Sobota (24 listopada)

– godz. 17.00 Veni Vidi VR performance reż. Martyna Łyko /Mała Scena – wstęp 5 zł

– godz. 19.00 Kochanie, zabiłam nasze koty Doroty Masłowskiej, reż. Rafał Dziwisz, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie (90 min) /Duża Scena – wstęp 10 zł

– godz. 20.30 Zakończenie Festiwalu /Foyer

joanna.goscinska@rzeszow-news.pl

Reklama