Reklama

1 marca obchodzony jest jako Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Dzień „żyjących prawem wilka”, którzy wciąż nie doczekali się kinowej superprodukcji. Uroczystości upamiętniające zbiegły się z odejściem z tego świata niezłomnego księdza- Infułata Józefa Sondeja. W takich chwilach nie łatwo odejść od rozważań na temat patriotyzmu.

Ze szkół wychodzi się z przekonaniem, że cała Polska walczyła z okupantem. Przesiadywaliśmy w lesie, urządzaliśmy zasadzki, wrzucaliśmy bomby do wermachtowskich restauracji, każdy w rodzinie miał jakiegoś Klossa czy walecznego Szarika. Wbija się nam też do łepetyn, że jesteśmy nad podziw patriotami od zawsze. Tylko dlaczego w czasie wojny, pomimo bojkotu – „tylko świnie siedzą w kinie”, w blisko 70 kinach „Nur für Polen” na terenie Generalnej Guberni, w repertuarze zdominowanym w ¾ przez kinematografie niemiecką, na seansach, co roku, zasiadało ponad 1.5 miliona Polaków?

Ludwik Stomma w „Polskich złudzeniach narodowych”: „W najbardziej zawyżonej wersji AK miała w roku 1944 około trzystu tysięcy członków. (…) Trzeba docenić ukonstytuowanie się i istnienie polskiego państwa podziemnego. Powstało ono bowiem w warunkach ograniczonego poparcia społecznego, w zagrożeniu nie tylko ze strony Niemców, ale także rodaków (…). Gestapo byłoby zupełnie bezsilne na tych terytoriach, gdzie dzieliła je od ludności bariera językowa, obyczajowa i topograficzna, gdyby nie współpraca autochtonów”.

Nasze postawy patriotyczne kształtują odpowiednio dobrane autorytety. Filozof Tomasz Żuradzki popełnił głośny tekst pt. „Patriotyzm jest jak rasizm”: „powiedzmy wprost: fascynacja militariami to smutny relikt naszej ewolucji i przeszłości plemiennej. Krwawe porachunki między grupami konkurującymi o terytorium, żywność i kobiety nie są typowe wyłącznie dla homo sapiens – większość naczelnych jest równie brutalna jak ludzie (…). To właśnie po małpach odziedziczyliśmy te cechy, które owocują tak dziś gloryfikowanym przez prawicę egoizmem plemiennym czy narodowym”. Małpa równa się patriota?

Z kolei Waldemar Łysiak w „Empireum” dzieli się swą chorobą patriotyczną. Są przecież wśród nas rodacy, którzy uwielbiają uniesienia patriotyczne o Polsce: „która zdobywała Moskwę (hetman Żółkiewski), tłukła wojska cara Iwana Groźnego (Batory), a innym carem (Szujskim) froterowała podłogi warszawskiego Zamku”. Wybijanie zębów ruskiemu niedźwiedziowi może przysparzać radości.

Nie dla wszystkich dzisiejszy dzień, jest okazją do oddania należytego szacunku niezłomnym. Profesor nauk ekonomicznych Joanna Senyszyn ironizowała onegdaj: „ostatni został zabity w 63 r. bo biedak nie wiedział, że się wojna skończyła”. Jednak nie każdy profesor miał podobne zdanie na temat końca działań wojennych. Kazik Staszewski wieloletni student socjologii na UW wspomina: „metodologie wykładał mi najlepszy z najlepszych – nieżyjący już profesor Stefan Nowak. Panie profesorze to co wojna? My do niego dzień po ogłoszeniu stanu wojennego. „Dla mnie wojna zaczęła się 17 września 1939 i trwa do dziś” on nam na to”.

Miałem przyjemność wysłuchać mowy niezwykłego człowieka, za którym stało ogromne doświadczenie życiowe i emanująca miłość do Ojczyzny. Ks. Sondej w 2010 przewodził uroczystości posadzenia „Dębu Katyńskiego” ku pamięci mjr. Mieczysława Samołyka. Pięknie mówił o pamięci, i haśle „Bóg Honor Ojczyzna”. Tylko, czy w dzisiejszej sytuacji zagrożenia na Zachodzie (radykalni muzułmanie) czy niepewnej sytuacji na Wschodzie (Putin, banderowcy), pojawiają się osobnicy, którzy będą się o tą Polskę bić? Paweł Kukiz się kiedyś zastanawiał: „a za co przelewać krew? za Biedronkę czy za Lidla?”  A może za pięknie podświetlony rewolucyjny pomnik?

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: