Reklama

Tłumy wygłodniałych rzeszowian rzuciły się na jadła serwowane z automobili. Spałaszowaliśmy wszystko, oszczędzając wspaniałomyślnie kucharzy.

[Not a valid template]

 

Jak Państwo zapewne już wiecie, I Zlot Food Trucków zakończył się ogromnym sukcesem. W ciągu weekendu zjedliśmy co najmniej dwa tiry bydła rogatego.

A przecież szeroko rozumiany teren gastronomiczny w Rzeszowie, nie jest wcale łatwy. Przekonali się o tym w 2012 roku organizatorzy „Festiwalu Spowalniania Czasu – Lato Leniwców”. Była to impreza pierwsza i ostatnia tego typu – jak zauważył Andrzej Bocheński z „Winomana”.

Pomysłodawcy chcieli propagować coraz bardziej w kraju kulturę picia wina, Niestety, jak się okazało, znajomość tubylców w zakresie zacnych, sfermentowanych gron w butelkach, była nie większa, niż wiedza pierwszych jaskiniowców na temat iPoda.

Nie mieli też łatwo pomysłodawcy pierwszego „Festiwalu Piw Rzemieślniczych” w Rzeszowie. Jak to się mówi, dzikich tłumów nie było. Powód jest dość prozaicznych. Osoby z branży dobrze wiedzą, że cena wielu piw craftowych, jest nieosiągalna dla większości mieszkańców naszego pięknego miasta.

Co innego z jedzeniem, gdzie można najeść się często taniej, szybciej i smaczniej. Na ulicy właśnie.

Pierwszy raz z takim wynalazkiem, zetknąłem się w kraju, gdzie ludzie aby oglądnąć film czy wypłacić pieniądze z bankomatu, w ogóle nie muszą wychodzić z auta. Tyrając na budowie w Ameryce,  jeszcze w ubiegłym wieku, zobaczyłem jak na sąsiednią posesję zajechało autko, z którego zaczęto sprzedawać jedzonko na ciepło. A tłum budowlańców w kaskach ustawił się po strawę w długim ogonku. My Polacy byliśmy jeszcze przyzwyczajeni, że wałówkę robią o świcie, matki, żony,… kochanki to raczej nie koniecznie.

Wiele pomysłów przychodzi do nas zza oceanu, minęło ponad dwie dekady, no i mamy wysyp takowych przyjemności i u nas. Znaczy się u nas, jak u nas, ale półtorej godziny jazdy autkiem i możemy w wielu punktach rozkoszować się jedzeniem ulicznym, niespotykanym w restauracjach.

Na krakowskim Kazimierzu i Podgórzu znajdziemy oryginalne menu, nasączone specyficznymi ingrediencjami: maczanka po krakowsku (znacznie smaczniejszy pierwowzór hamburgera), butter chicken, rajma masala, hummus, pieczony baran, porchetta, policzki wołowe, kiełbasa z kozy lub sarny, nereczki, falafel czy kofta.

Na terenie tej samej Galicji, tyle że w Rzeszowie, urzędnicy miejscy niezbyt przychylnie patrzą na nowinki gastronomiczne. Budkom na kółkach mówią stanowcze nie. Dziwne. Miasto jest już przecież zawładnięte tego typu pojazdami, sprzedającymi w głównej mierze: wyroby piekarnicze i cukierniczopodobne. Póki co, pozostajemy nadal stolicą kebabowo – zapiekankową.

Jednak gastronomiczne innowacje, wbrew administracyjnym decyzjom, jeszcze przed nami.

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ:

1 KOMENTARZ

  1. Nawiązując do festiwali wszelkiego typu, które odbywają się w Rzeszowie – w znacznej części jest to wina samych wystawców, którzy w 1-2 dni starają się złupić potencjalnego klienta.
    Swojska kiełbaska kosztująca na ul. Targowej po 28zł na takowych festiwalach jest po około 45-50zł! Sery czy wina są w takich cenach, że tylko warszawiaka na nie stać.
    Tymczasem w pobliskim Krośnie potrafią zrobić festiwal z przystępnymi cenami dla ludzi mieszkających w tym mieście – lampka wina od 4zł, lokalne sery i litewskie wędliny w przystępnych cenach.
    Jeśli jakiś festiwal ma coś promować, to powinien to też robić cenami, żeby zachęcić ludzi w przyszłości do kupowania tych produktów. Festiwal to nie maszynka do robienia pieniędzy, tylko do promocji!

Comments are closed.