Zdjęcie: Namysław Tomaka / Rzeszów News
Reklama

Kilkadziesiąt minut czekał na pomoc 7-letni chłopiec, który z poważnymi dusznościami trafił na nocną i świąteczną opiekę zdrowotną przy ulicy Lwowskiej w Rzeszowie. Do domu wrócił siny. – Paranoja! – mówi matka dziecka. 

W niedzielę (13 grudnia) o godz. 23:00 dziecko obudziło się z kaszlem. Z minuty na minutę stawał się on coraz bardziej uporczywy. – Wykonałam inhalację, ale nie przyniosła ona rezultatu. Syn nie mógł oddychać, zaczął sinieć – wspomina Anna, matka 7-letniego Szymona (nazwisko do wiadomości redakcji). 

Karetka bez lekarza 

Szymon jest alergikiem pokarmowym. Od dwóch lat nie było problemów. Jak mówi matka chłopca, alergia pokarmowa zaczęła się przekształcać w alergię wziewną, co w konsekwencji oznacza, że Szymon cierpi na alergię krzyżową. W nocy z niedzieli na poniedziałek doszło do ataku. W domu kobieta nie miała leków.

– Zastrzyk był jedynym ratunkiem – mówi Anna. Teoretycznie powinna liczyć na pomoc laryngologa. O godz. 23:54 zadzwoniła pod numer alarmowy 112. Tam przełączono ją do dyspozytora medycznego. Usłyszała, że przyjazd karetki niewiele da, bo przyjedzie, owszem, ale tylko z ratownikami medycznymi, bez lekarza. Pomoc ratowników ograniczy się do dowiezienia Szymona do szpitala. Takie czasy.

Dyspozytorka medyczna była uprzejma. Annie poradziła, że nie ma sensu czekać, niech syna szybko ubierze, w domu otworzy zamrażalnik, wsiądzie do auta, niech czasem nie włącza w nim ogrzewania i jedzie pilnie na SOR Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 2 przy ulicy Lwowskiej w Rzeszowie.  

SOR to Szpitalny Oddział Ratunkowy. W założeniu mają do niego trafiać ci, którzy potrzebują natychmiastowej pomocy medycznej i ich życie jest zagrożone. W czasie pandemii SOR-y są często jedynym miejscem bezpośredniego kontaktu z lekarzem, gdy rodzinni pozamykali się w swoich gabinetach i “leczą” ludzi przez telefon.   

Cyrk – drzwi zamknięte

Anna posłuchała rady dyspozytorki medycznej. Po 12 minutach dotarła na miejsce. SOR pękał w szwach, za namową lekarki z telefonu ratunkowego zgłosiła się do nocnej opieki w tym samym szpitalu. 

– Wtedy zaczął się cyrk – opowiada Anna. – Drzwi były zamknięte, a do kontaktu tylko domofon. Dziecko nadal się dusiło. Po rozmowie z pielęgniarką, której opisałam stan dziecka, nakazano nam czekać. Trwało to 35 minut. Czekaliśmy na zewnątrz, bo tylko tam dziecko łapało oddech. Zimne powietrze łagodziło objawy – wspomina matka Szymona. 

Po ponad 30 minutach wreszcie przyszła pani doktor. Poleciła rozebrać Szymona w zimnej poczekalni. Chłopiec do gabinetu nie mógł wejść, bo miał duszności. Po badaniu Szymon dostał skierowanie na zastrzyk. Później się okazało, że Szymon miał skurcz krtani, który zagrażał jego życiu. Uratowało go, że był na zimnym powietrzu. 

Zanim chłopcu podano zastrzyk, Anna z drżeniem wyczekiwała pomocy. Wszystko się przeciągało niemiłosiernie, jakby do lekarza stała ogromna kolejka. A w poczekalni tylko ona i jej syn. Tak to Anna zapamiętała. Zapamiętała też, że lekarka krążyła z dokumentami pomiędzy gabinetem a recepcją. Anna cała w nerwach, Szymon sinieje. 

Wreszcie podano mu zastrzyk. Po dwóch minutach duszności ustąpiły. – Łącznie musiałam czekać ok. 1,5 godziny na podanie zastrzyku. Co by się stało, gdyby dziecko coś połknęło i liczyłyby się sekundy? – pyta Anna.  

Szpital: tak źle nie było

O absurdalnie długi czas oczekiwania na pomoc pytamy Barbarę Rogowską, dyrektor KSW nr 2 w Rzeszowie. Obiecuje, że sprawdzi historię Szymona. – 9 minut przed przybyciem chłopca na nocną opiekę trafiło dziecko z wysoką gorączką. Dyżurna lekarka udzielała mu pomocy – tłumaczy Rogowska. 

Matka Szymona zdecydowanie temu zaprzecza. – Nie było tam nikogo. Pani doktor chodziła po poczekalni i nas widziała. Nie miała ubrania ochronnego ani maseczki. Jak mogłaby przyjąć dziecko z gorączką? – pyta Anna. Reakcją na jej uwagi, dlaczego tak długo musi czekać, było… milczenie. 

Dyrekcja szpitala jest przekonana, że lekarka zrobiła wszystko, by pomóc duszącemu się chłopcu. – Gdyby on był w niebezpieczeństwie, na pewno poprosiłaby kolegów albo skierowała go na oddział ratunkowy. Widocznie oceniła, że stan dziecka nie zagraża życiu i zdrowiu – uważa Barbara Rogowska. 

– Nie wyszła do nas. Jak mogła to ocenić? – odpowiada matka 7-latka. Anna pokazuje kartę informacyjną z pobytu syna w szpitalu. Lekarka nie odnotowała u Szymona duszności a jedynie kaszel. Jeśli nawet przyjąć wersję, że w tym czasie lekarka miała pod opieką inne dziecko z wysoką gorączką, dla matki Szymona nie jest to żadne wytłumaczenie.    

– Nie mogła wezwać innego lekarza? To znaczy, że ratujemy dziecko, które było pierwsze, a drugie może umrzeć? – stawia kolejne pytania Anna. – Paranoja! – komentuje. 

marcin.czarnik@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: