Zdjęcie: Tomasz Modras / Rzeszów News
Reklama

– Czy dopiero musi dojść do tragedii, żeby ktoś zrobił bezpieczne przejście przez tory? – pytają mieszkańcy ulicy Architektów Rzeszowie. Zostali odcięci od łatwego dojścia do ulicy Podkarpackiej, więc korzystają z nielegalnego przejścia.

Pan Piotr mieszka na nowym, dużym osiedlu przy ulicy Architektów. Napisał do nas list, abyśmy pomogli mieszkańcom rozwiązać problem przejścia przez tory w okolicy salonu samochodowego Seata, łączącego ulicę Zawiszy Czarnego z Podkarpacką.

Od pewnego czasu przejście jest nielegalne, kolejarze postawili tabliczkę z napisem: „Przejście przez tory zabronione pod karą grzywny”.

Zdjęcie: Tomasz Modras / Rzeszów News
Zdjęcie: Tomasz Modras / Rzeszów News

Problemu by nie było, gdyby nie to, że obok nielegalnego przejścia przez długi czas mieszkańcy osiedla, chcąc przedostać się na ul. Podkarpacką, korzystali z prywatnej posesji. Jej właściciel wynajął jednak teren pod sklep, ale jednocześnie otoczył posesję drutem kolczastym oraz kolcami, bo kierowcy w okolicy urządzali sobie nocne wyścigi.

Bramki są otwierane tylko w godzinach otwarcia sklepu – od 9:00 do 19:00 od poniedziałku do piątku i w weekendy od 10:00 do 15:00.

„Czają” się na mieszkańców

Mieszkańcy ulicy Architektów narzekają na rozkład jazdy autobusów MPK z ich osiedla, by mieć większy wybór dojazdu do centrum miasta muszą iść na ulicę Podkarpacką. Tak właśnie robi żona pana Piotra, by autobusem odwozić 7-letnią córkę do szkoły.

Po tym, jak właściciel wspomnianego terenu, na którym stoi sklep, otoczył posesję drutem kolczastym, z „dzikiego” przejścia po kamieniach przy salonie Seata korzysta większość mieszkańców. Dojście na ul. Podkarpacką zajmuje im ok. 10 minut.

Jedyne „legalne” przejście i przejazd przed tory znajduje się okolicach sklepu Praktiker i IV Liceum Ogólnokształcącego (odcinek ulicy Zawiszy Czarnego), ale czas przejścia do przystanku autobusowego przy ul. Podkarpackiej zajmuje ok. 25 minut. Dlatego mieszkańcy wolą korzystać z „dzikiego” przejścia, mimo, że podczas deszczu jest tam bardzo ślisko i nie jest trudno upaść na wystający pręt.

Interwencje mieszkańców, by kolejarze zrobili przejście z prawdziwego zdarzenia skończyły się… postawieniem tabliczki o zakazie przechodzenia przez tory.

– Mieszkańcy osiedla dalej przechodzą w tym miejscu z tym, że teraz, oprócz patrzenia pod nogi, żeby nie zahaczyć o szyny, czy też nie skręcić sobie nogi na kamieniach, muszą rozglądać się, czy w pobliżu nie „czają” się osoby mogące nałożyć grzywnę – twierdzi pan Piotr.

– Dlaczego zrobienie bezpiecznego przejścia stanowi taki problem, skoro kilka metrów dalej jest prywatny przejazd przez tory prosto na posesję? – zastanawiają się mieszkańcy ul. Architektów.

Wąska droga, ludzie bez odblasków

„Legalne” przejście i przejazd przez tory przy Praktikerze też bezpieczne nie jest.  Uliczka jest tak wąska, że mieści się tylko jeden samochód. Pobocze jest, ale nie na całej długości.

– Pieszy nie ma gdzie zejść, żeby bezpiecznie przeczekać, aż samochód przejedzie. Idąc z dzieckiem tą drogą jest bardziej niebezpiecznie niż na tym nielegalnym przejściu przez tory, a przejazd z wózkiem, jak trafi się na jadący samochód, jest prawie niemożliwy – twierdzi pan Piotr.

– Po zmroku ludzie chodzą bez odblasków, droga jest wąska – zero jakiejkolwiek organizacji ruchu. Przy Praktikerze, jeżeli spotkają się dwa samochody, to trzeba cofać dobre 300 metrów.  Ta droga zdecydowanie powinna być jednokierunkowa – dodaje inny mieszkaniec osiedla, pan Michał.

Zdjęcie: Tomasz Modras / Rzeszów News
Zdjęcie: Tomasz Modras / Rzeszów News

Mieszkańców na osiedlu przy ul. Architektów jest coraz więcej i takich, którzy będą korzystać  z „dzikiego” przejścia też będzie przybywać.

– Władze odpowiedzialne za trasy kolejowe czekają chyba na pierwszy poważny wypadek, żeby po rozgłosie zająć się problemem. Tylko, czy koszt takiego przejścia jest tak duży, że musi jakaś osoba (osoby) zapłacić za nie swoim zdrowiem lub życiem? – pytają mieszkańcy.

Pod koniec października br. na nielegalnym przejściu drezyna potrąciła 54-letnią kobietą, która w nieprzytomnym stanie trafiła do szpitala.

Kolej winę zwala na miasto

Kolejarze problem „dzikiego” przejścia doskonale znają. – Tam może być tylko bezkolizyjne przejście: albo pod torami, albo kładka. Innego wyjścia nie ma – mówi Henryk Peszko, wicedyrektor Zakładu Linii Kolejowych PLK w Rzeszowie.

– Wiemy, że mieszkańcy korzystają z nielegalnego przejścia. Robią to na własne ryzyko. Budową bezpiecznego przejścia powinno zająć się miasto. Prezydent Rzeszowa wie, co trzeba zrobić. Mieszkańcy niech do niego się skarżą. My, jako kolej, nie potrzebujemy nowego przejścia – twierdzi wicedyrektor Peszko.

W ratuszu problem też jest znany, ale miejscy urzędnicy odbijają piłeczkę. – Nie możemy wejść z budową na teren kolei. Nie jesteśmy jego właścicielem. Możemy współpracować przy inwestycji, ale to jest zadanie kolei. Zrzucanie teraz na nas odpowiedzialności jest – delikatnie mówiąc – niesympatyczne – twierdzi Maciej Chłodnicki, rzecznik prezydenta Rzeszowa.

marcin.kobialka@rzeszow-news.pl

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. “My, jako kolej, nie potrzebujemy nowego przejścia – twierdzi wicedyrektor Peszko.”
    ten człowiek powinien stracić pracę i to czym szybciej tym lepiej! Koniecznie musi ktoś stracić życie czy zdrowie żeby wicedyrektor przewidział konsekwencje swojej niekompetencji?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ