Reklama

Osobiście dziwię się, że na sobotnim proteście nauczycieli i ZNP, nie było polityków z partii rządzącej. Tajemnicą poliszynela jest to, o czym od dawna mówi się w kuluarach sejmowych, a mianowicie, że Pani minister Zalewska może niedługo zostać sama ze swoją reformą.

Krytyka bowiem, płynie już nawet od jej kolegów z rządu. Zresztą nie ma się czemu dziwić. Przecież w 1998 roku za utworzeniem gimnazjów głosowali m.in.: Jarosław Kaczyński czy Antonii Macierewicz. Sama poseł Anna Zalewska, obecnie minister MEN, jeszcze w 2013 roku stanowczo wypowiadała się przeciwko łączeniu szkoły podstawowej z gimnazjum, ponieważ w jej opinii miało to prowadzić do wzrostu zachowań agresywnych.

A więc po co to wszystko? PiS po raz kolejny chce sprzedać jako swój sukces reformę, która jest nieprzemyślana, nieprzygotowana oraz wprowadzana z ogromnym pośpiechem. A wszystko moim zdaniem, nie w oparciu o naukowe argumenty, lecz o nastroje społeczne. Jeszcze w trakcie kampanii wyborczej Pani premier i jej ekipa podpierali się tym, że gimnazja są krytykowane przez dużą część społeczeństwa. Często były one bowiem postrzegane jako przyczyna złego zachowania wśród młodzieży. Źródło tzw. „patologii” wśród uczniów. Tymczasem, naukowe analizy zwracają uwagę na to, że najwięcej agresji jest w szkole podstawowej. Co więcej, przeprowadzane w Polsce od 2000 roku badania PISA (Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów) pokazują, że w okresie od roku 2000 do 2012 nastąpił w naszym kraju, spektakularny w porównaniu z innymi państwami biorącymi udział w projekcie, wzrost ogólnego poziomu edukacji młodzieży. Ponadto, stopniowo zmniejszyło się zróżnicowanie wyników uczniów na korzyść młodzieży z niskim tzw. „statusem ekonomiczno-społecznym”.

Kolejnym argumentem, poza nastrojami społecznymi, który może uzasadniać decyzje PiS, jest chęć wprowadzenia „swoich ludzi” również w obrębie edukacji na poziomie samorządów. Nie możemy zapomnieć o tym, że ponowne połączeniu gimnazjów z podstawówkami będzie skutkować powstawaniem nowych, dużych szkół powszechnych. A ich utworzenie jest idealną okazją do przeprowadzenia konkursów na dyrektorów, za które będą odpowiedzialni kuratorzy wymienieni przez „dobrą zmianę” zaraz po wygranych wyborach. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć czym będzie ten zabieg skutkował. Wszyscy już przyzwyczailiśmy się do wszechobecności tzw. pisiewiczów.

Tylko gdzie w tym wszystkim jest dobro najmłodszych oraz czas, spokój i konsultacje społeczne, o których na jednej z konferencji prasowych mówiła sama Pani premier Beata Szydło? Fakty są nieubłagane. Likwidacji ulegnie 7856 gimnazjów, z czego 39% to gimnazja samodzielne (źródło Centrum Informatyczne Edukacji). Pracę może stracić 10 tysięcy nauczycieli a zgodnie z informacją Rządowego Centrum Legislacji, projekt reformy nie daje żadnych gwarancji zatrudnienia nauczycielom likwidowanych gimnazjów. Reforma ma obowiązywać od 1 września 2017 r. czyli za mniej niż 10 miesięcy, a w chwili obecnej nie ma nawet podstawy programowej, w oparciu o którą mogłyby powstać podręczniki do klasy 1, 4 i 7. Zarówno rodzice jak i sami uczniowie są kompletnie zdezorientowani.

Osobiście, z racji pełnionego przeze mnie mandatu patrzę na reformę edukacji jeszcze pod jednym kątem. Jestem ciekawa, jak zostanie rozwiązana kwestia budynków gimnazjalnych oraz pomocy dydaktycznych, których wiele wybudowano oraz zakupiono z wykorzystaniem środków unijnych. Chociażby w naszym województwie gdzie co rusz widzimy inwestycje ze środków unijnych, w ramach których regulacje zobowiązują do tzw. trwałości projektu przez pięć lat. O ile kwestię pomocy naukowych zapewne uda się uregulować, o tyle mam poważne obawy co do dotacji unijnych, które w ostatnich latach samorządy dostały m.in.: na remonty gimnazjów czy budowę boisk sportowych. Czy przez nieodpowiedzialne decyzje Pani minister Zalewskiej, będą musiały zwrócić gotówkę do Brukseli?

Jedno jest pewne, największe koszty reformy edukacji poniosą samorządy oraz Ci, o których przyszłości decydujemy – uczniowie . A ile będzie ona kosztować? Tego nie jest w stanie określić sama Pani minister. Na jednej z konferencji prasowych padła kwota 129 milionów złotych, ale już bez wyjaśnienia co wchodzi w jej skład. O kosztach społecznych planowanej reformy przekonamy się dopiero w przyszłości.

Zawsze byłam zdania, że zarówno w sferze edukacji jak i zdrowia, politycy powinni zawrzeć ponadpartyjny kompromis i nie kierować się politycznym interesem, a dobrem społecznym.  Musimy pamiętać, że bogactwem każdego młodego człowieka jest jego wykształcenie, dające szansę na bycie konkurencyjnym w dzisiejszym zglobalizowanym świecie, i tym samym gwarantujące mu później odpowiedni poziom życia. Dlatego też, tak ważne jest, aby politycy odeszli od kłótni i w spokoju, bez emocji zastanowili się nad skutkiem decyzji jakie mają zamiar podjąć. A przede wszystkim, wreszcie wzięli pod uwagę głos najbardziej zainteresowanych.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ