Zdjęcie: Sebastian Stankiewicz / Rzeszów News
Reklama

Mówiąc zupełnie szczerze, nie liczyłem na takie zjawisko i wlepiając gały w telewizyjny ekran musiałem się parę razy uszczypnąć. Bo na nim, o pani kochana, cuda i dziwy.

Oto obok siebie stanęli liderzy najważniejszych, choć wiecznie ze sobą poróżnionych ugrupowań tak zwanej opozycji demokratycznej. I zgodnym głosem zakomunikowali osłupiałemu światu, że w końcu w jednym temacie się dogadali. A wszystko to w znajomo wyglądającym anturażu, jaki stanowił nasz śliczny, rzeszowski Rynek. Normalnie kopara opada.

Nie liczyłem na taki przebieg zdarzeń z powodów w sumie kilku, ale podam moim zdaniem najważniejsze. Opozycja bowiem od dłuższego czasu przypomina rozszczekane ratlerki, który hałasują zamknięte, każdy w swoim obitym skórzaną tapicerką pokoiku. Z regałami pełnymi książek albo takową fototapetą. A szczek, choć głośny, to przytłumiony, jakby zza szybki z hartowanego szkła. Złośliwie? Może i tak, ale wystarczy rzut oka na słupki poparcia. Bo czy tak naprawdę z ręką na sercu nasi szanowni opozycjoniści mogliby zaręczyć, że robią wszystko, aby wydrapać pisowski teflon?

Inna rzecz to ciągłe spory, których kwintesencją miała być żarliwa dyskusja o wspólnym pretendencie na prezydenta Rzeszowa. Można było dostać epilepsji połączonej z kociokwikiem, słysząc padające niemal zewsząd kandydatury na kandydatów, jakieś bzdury o prawyborach i temu podobny jazgot.

Z tym większym zdumieniem odnotowałem, że właściwie wszystko odbyło się w ciszy i spokoju, a przed mikrofon zaproszony został Konrad Fijołek, ogłoszony wszem i wobec wspólnym kandydatem KO, Ruchu Hołowni, PSL i Lewicy. W Wisłoku na moment ustał nurt, a ptaki zawisły w locie. No, po prostu niebywałe!

Żarty żartami, ale Fijołek – moim skromnym zdaniem – to kandydat prawie idealny. Żadne z ogłoszonych do tej pory nazwisk pretendentek i pretendentów nie ma za sobą tylu lat pracy w lokalnym samorządzie. Nikt z peletonu nie zna też tak dobrze miasta, choć oczywiście start w wyborach nie jest w żadnej mierze testem na rzeszowskość. Gdyby tak było, numerem jeden powinien zostać któryś z przydworcowych żuli, najlepiej zorientowanych w zawiłościach miejskiej tkanki, ze szczególnym uwzględnieniem taniej konsumpcji.

Połączenie rzeszowskości z wieloletnią działalnością samorządową jeszcze by jednak nie wystarczało. Trzeba bowiem mieć także pomysł na miasto, dobrze znać jego plusy dodatnie i ujemne. I znowu uważam, że Konrad Fijołek to ma. A nawet jeśli nie ma, to miał będzie, gdyż jest człowiekiem, który rozmawiania z innymi się nie boi.

A zwarta (w końcu) opozycja – mam taką nadzieję – wesprze kampanię swego rzeszowskiego człowieka wszystkimi dostępnymi siłami, bo już dawno niczego nie wygrała. A czasu na „operację Rzeszów” będzie raczej sporo, bowiem lokalne wiewiórki uprzejmie donoszą, że 9 maja wcale tych wyborów może nie być. Ponoć rządzący PiS obawia się wtopy już w pierwszej rundzie. Czy tak się jednak stanie, dowiemy się z czasem, a bez względu na to życzę Fijołkowi powodzenia.

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: