Zdjęcie: Pixabay
Reklama

Do mieszkań dostają się rurami kanalizacyjnymi. Gnieżdżą się w ścianach, piekarnikach i zmywarkach. Powodują duże straty materialne. Plaga szczurów przy ulicy Pułaskiego w Rzeszowie. 

Pan Bogdan ma 58 lat. Jest właścicielem mieszkania w bloku nr 7 przy ulicy Pułaskiego. Bywa tam rzadko, bo z lokum korzysta głównie jego córka. Ale ta niedawno wyjechała. Lokum stoi puste. 

– Po dwóch tygodniach nieobecności córki zaglądam na Pułaskiego, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Na miejscu widzę coś niepokojącego, podmakają ściany – opowiada mężczyzna. 

Postanawia sprawdzić wodomierz. Idzie do łazienki i otwiera drzwiczki od urządzenia. Co widzi? Szczura wielkości kota. – Siedzi spokojnie i przygląda mi się zza kratki – relacjonuje pan Bogdan.

– To ja trzaskam drzwiczkami, zabijam je deską, przystawiam stołek i dwa wiaderka farby. Potem dzwonię do kumpla i z siekierami czatujemy na bestię – żartuje, ale głos mu drży, więc wystraszył się zupełnie serio. 

Szczur w piekarniku

Podobny problem co pan Bogdan mają jego sąsiedzi. Z małżeństwem 80-latków, które zajmuje mieszkanie w tej samej klatce, na parterze, szczur „mieszka” dwa tygodnie. Pozbywa się go dopiero syn seniorów.

Ale problem nie dotyczy tylko parteru, bo gryzonie wędrują do mieszkań na 4 i 9 piętrze. Ze szkodnikami walczą także mieszkańcy innych bloków.

U pani Heleny z bloku nr 9 przy ulicy Pułaskiego szczur gnieździ się w piekarniku. Wygryza w nim otulinę i kable, zostawia odchody. Urządzenie przestaje działać. Razem z nim „wysiada” zmywarka.

– Gdy z pojemnika pod zlewem znikają resztki, orientuję się, że mam lokatora na gapę. Początkowo myślę, że to mysz, ale gdy trutka nie działa, przekonuję się, że to coś większego – mówi pani Helena. 

Kobieta dzwoni do spółdzielni, a ta ściąga firmę, która zajmuje się deratyzacją. Są trutki, płyny, łapki, ale po dwóch dobach szczur nadal żyje. Świadczą o tym znikające z kosza resztki. 

– Dopiero trzeciego dnia znajdujemy martwego gryzonia. Na środku kuchni. Ma tak długi ogon, że aż mi dech zapiera – mówi pani Helena. 

Czy do jej mieszkania szczur także dostał się kanalizacją? Tego nie jest pewna. – W lipcu z powodu gorąca często otwieraliśmy okno kuchenne, a to mieści się w pobliżu śmietnika – zaznacza kobieta.

Kontenery z odpadami mogły zwabić gryzonie, bo klapa do jednego z nich przez cztery miesiące była uchylona. – Ktoś zniszczył zamek, a spółdzielnia nie spieszyła się z naprawą. Dopiero po mojej przygodzie ze szczurem usterka została naprawiona, a dodatkowo śmietnik odmalowano – relacjonuje pani Helena. 

A skąd przychodzą szczury? – Z parku, jest ich tam mnóstwo – odpowiada bez wahania nasza Czytelniczka.

Plaga w parku

Chodzi o park Jedności Polonii z Macierzą. Mieszkańcy bloków przy ulicy Pułaskiego zgodnie twierdzą, że szczurów jest tam „prawdziwa plaga”.

– O 5 rano, gdy przechodzę parkiem do pracy, szczury po nim biegają – słyszymy od lokatorki bloku nr 9. – No a teraz, jak widać, rzucają się jeszcze na mieszkania, na nas. Niedługo nas zjedzą – obawia się kobieta.

Winą za „plagę” obarcza Rzeszowską Spółdzielnię Mieszkaniową. Zresztą nie tylko ona. – Nie widzą problemu, myślą, że to jednostkowe przypadki. A nasze telefony zbywają. Gdy zgłosiłem, że mam w mieszkaniu szczura, spółdzielnia poleciła mi użyć domestos – denerwuje się pan Bogdan.

Jako dobry przykład mężczyzna przywołuje osiedle Nowe Miasto. Tamtejsza spółdzielnia ma montować w rurach kanalizacyjnych tzw. klapy antyszczurowe.

– Wystarczyłoby zamontować takie proste urządzenie, które otwiera się, gdy spływają nieczystości, a potem zamyka, przez co gryzoń nie ma dostępu do mieszkania – sugeruje nasz Czytelnik. 

Są reakcje, nie ma inwazji?

Rzeszowska Spółdzielnia Mieszkaniowa zaprzecza, że do zgłoszeń mieszkańców podchodzi z lekceważeniem. 

– Do każdego zgłoszenia podchodzimy w sposób odpowiedzialny, zawsze reagujemy – zapewnia nas Zbigniew Lis, kierownik administracji osiedla Śródmieście. 

Twierdzi jednak, że wielu takich zgłoszeń w ostatnim czasie nie odebrał. – Na piśmie nie otrzymałem żadnego. A telefonicznych? Nie przypominam sobie. Te zjawiska w tym roku nie są nagminne, nie ma inwazji – przekonuje kierownik.

Przyznaje jednocześnie, że o „wzmożonej aktywności” w parku przy Pułaskiego słyszał. – I dlatego podjęliśmy odpowiednie działania. W zeszłym tygodniu odbyła się trzecia w tym roku akcja deratyzacji. Zwykle wykonywaliśmy ją dwa razy w roku – podkreśla Zbigniew Lis.

Duże straty

Pani Helena oszacowała straty wyrządzone przez szczura. Kosztorys opiewa na… 3 tys. zł. Pan Bogdan liczy się z kosztami rzędu 5 tys. zł. U niego szczur uszkodził przewody i rury. – Konieczne będzie kucie ścian – twierdzi mężczyzna.

Obojgu ubezpieczyciel odmówił im pomocy. Dlaczego? – Bo umowa nie obejmowała ataku gryzoni – załamuje ręce pani Helena.

Rekompensatę mogłaby otrzymać jedynie od spółdzielni, pod warunkiem, że ta przyznałaby się do zaniedbań. – Czego przecież nie zrobi – ubolewa kobieta.

(taz)

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: