„Szklana menażeria”. Czy można wyreżyserować sobie szczęście? [RECENZJA]

1
Reklama

105 minut w psychologicznej „Szklanej menażerii” Tennsseea   Williamsa i „szklanej menażerii” własnych lęków i niespełnień. W takim świecie zamknął bohaterów sztuki i widzów Jan Nowara, który wyreżyserował „Szklaną menażerię”. Premiera spektaklu odbyła się w sobotę w Teatrze im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie.

 

Aby zobaczyć „Szklaną menażerię” w reż. Jana Nowary trzeba pokonać trzy rzędy schodów, by w końcu zająć miejsce w pamięci Toma (Mateusz Marczydło) i poznać miłość, która staje się destrukcją.

Aby poznać tę historię trzeba się już od samego początku wsłuchać się w głos narratora – Toma, który wyjaśnia, gdzie akcja spektaklu się rozgrywa – w pamięci, półmroku, przy dźwiękach muzyki – „całą resztę wyjaśnia sama sztuka”.

Laura z nerwicą żołądka

Sztuka ma czterech bohaterów. Matkę Amandę Wingfield (Anna Demczuk), matkę dwójki dzieci, która żyje wciąż przeszłością, bo to właśnie wtedy bawiła wśród najzamożniejszych plantatorów Missisipi, którzy padali do jej stóp. Swoje możliwości dobrego zamążpójścia zaprzepaściła zostając żoną pijaka, który bardzo szybko zostawił ją i dzieci.

Od tego czasu minęło już 30 lat. Córka Laura Wingfield (Joanna Baran) i syn Tom Wingfield próbują sobie radzić w życiu dorosłym. Wychodzi im to nie najlepiej.

Laura jest zamkniętą w sobie kobietą, właścicielką szklanej menażerii. Nie ukończyła szkoły biznesu, bo dopadała ją nerwica żołądka i na pierwszym egzaminie ze stresu zwymiotowała.
Jeszcze w liceum zakochała się w Jimie O’Connorze (Michał Chołka) – szkolnej gwieździe musicalu, ale była zbyt nieśmiała, aby wyznać mu swoje uczucia, chociaż ze sobą rozmawiali, a on nazywał ją nawet pieszczotliwie „niebieskimi różami”. Zresztą ten i tak miał wówczas dziewczynę.

Zdeptana wrażliwość

Gdy za sprawą Toma, na prośbę zresztą matki, Jim po latach przychodzi na proszoną kolację do Wingfieldów, nie waha się wykorzystać naiwności Laury, by na koniec oświadczyć, że ma narzeczoną i za dwa miesiące biorą ślub. Takiego obrotu sprawy nie spodziewała się nawet sama Amanda, której obsesją stało się wydanie córki za mąż, gdy okazało się, że Laura nie nadaje się do robienia kariery.

A jaki jest sam narrator tej opowieści? Tom, przez Jima nazywany „Szekspirem”, codziennie rano  budzony słowami Matki: „wstań, Słoneczko, i świeć”, zmuszany jest do pracy w hurtowni butów. Nienawidzi tego zajęcia, ale Amanda każde mu zarabiać, bo ktoś rodzinę musi utrzymywać. Chłopak nocami chodzi do „kina”. Wraca nad ranem, na ogół nietrzeźwy.

Matka widząc, co się dzieje pyta, gdzie chodzi nocami. Ten odpowiada, że do kina, a ona mu na to, że nikt normalny nie chodzi tak często do kina. Po jednej z kolejnych kłótni, prosi  go nawet, aby nie został pijakiem. Dlaczego Tom się tak zachowuje? Bo jego wrażliwość poetycka jest codziennie deptana przez buty, bo jest podobny do ojca, bo nie chce żyć tak, jak chce tego jego matka.

Patrząc na rodzinny „portret” Wingfieldów widzimy same niespełnione pragnienia, ale „to, że ktoś jest niespełniony, nie znaczy, że się poddał”.

Kameralna scena

W „Szklanej menażerii” w reż. Jana Nowary intrygująca jest scenografia (Magdalena Gajewska), która w nietypowy sposób została ulokowana na Dużej Scenie. Tworzy ją prostokąt, otoczony ekranami, na których zostały wyświetlane projekcje. Ma on dwa poziomy. Na tym niższym zostaje ulokowana widownia, tworząc linię, które wyznaczają przestrzeń  do grania dla artystów. Drugi poziom jest tylko dla aktorów, którzy od czasu do czasu po nim przechodzą.

Ciekawym zabiegiem artystycznym jest fakt, że artyści grający na scenie raz są przed nami, raz za, to znów grają do nas twarzą, by za chwilę odwrócić się plecami. Widz nie może zawsze zobaczyć wszystkiego. Widzi tylko to, na co mu pozwala miejsce, które zajął.

Takie możliwości daje stworzona na potrzeby spektaklu scena kameralna. Gdy dodamy do tego projekcje, które odzwierciedlają stany Toma wracającego z „kina”, zamykanie się w swoim świecie Laury oraz młodzieńcze wspomnienia Amandy, mamy wrażenie, że wraz z bohaterami sztuki na 105 minut jesteśmy zamknięci w psychologicznej „Szklanej menażerii” nie tylko Tennsseea  Williamsa w reż. Jana Nowary, ale również w „szklanej menażerii” własnych lęków i niespełnień.

Precyzja ruchu

Jeśli chodzi o aktorów, na uwagę zasługuję debiut teatralny Mateusza Marczydło, który na deskach „Siemaszki” wystąpił gościnnie. Jestem pod wrażeniem jego precyzji ruchu. Siedząc blisko jednego ze szklanych elementów scenografii, który mieścił się na podłodze, za każdym razem gdy Mateusz pojawiał się w jej pobliżu zastanawiałam się, czy w nią wdepnie. Nic takiego się nie stało, chociaż szklaną menażerię i jego buty dzieliło zaledwie kilka centymetrów. 

Grania z pewnością nie ułatwiał mu fakt, iż z każdej strony był otoczony widownią. Jego postać, która momentami dynamicznie przemierzała scenę, sprawiała wrażenie niemalże ocierania się o publiczność. Mateuszowi nie można też odmówić kociej zwinności, gdyż wraz z krzesłem upada z wyjątkową gracją, strasząc przy tym nieco widownię.

Mateusz Marczydło publiczności dał się wcześniej poznać na antenie Polskiego Radia Rzeszów. To właśnie on jest jednym z dziennikarzy, którzy prowadzą audycje sportowe. Tym razem można go było usłyszeć i zobaczyć.

„Szklaną menażerię” w „Siemaszce” można zobaczyć jeszcze w dziś (7 maja) o godz. 19:00 oraz 9 maja o 20:00, 10 i 11 maja o 19:00, 3 i 4 czerwca o 19:00, 6 czerwca o 11:00. Bilety w cenie 30 zł do kupienia  w kasie teatru.

joanna.goscinska@rzeszow-news.pl

Reklama

1 KOMENTARZ

Comments are closed.