Zdjęcie: Krystian Burz
Reklama

– Ciężko nie być wariatem jeżdżąc na zdewastowanym torze, gdzie władza robi z nas sobie jaja – pisze Krystian Burz w odpowiedzi na nasz artykuł o dewastowaniu rzeszowskiego dirtparku.

Jako jeden z czytelników chciałbym odnieść się do czwartkowego artykułu na temat rzeszowskiego dirtparku i sprostować kilka kwestii oraz wejść w polemikę z paroma zdaniami, które tam przeczytałem.

Jestem użytkownikiem dirtparku, weteranem tego sportu z ponad 10-letnim doświadczeniem oraz jedną z osób, która to miejsce budowała. Tor od dłuższego czasu wymagał gruntownego remontu, został wybudowany 6 lat temu i – jak się można domyślić – drewniane elementy przy intensywnej eksploatacji wraz z warunkami pogodowymi nie przetrwały próby czasu.

Jak można przeczytać w artykule, miasto przeznacza na renowację obiektu ponad 20 tysięcy złotych rocznie, co wydaje się sporą sumą, jak na koszta koszenia trawy trzy razy do roku. Proszę mi wierzyć, ale odwiedzając to miejsce regularnie przez kilka lat nie zauważyłem żadnych poważniejszych działań w tej kwestii. Może jakieś próby naprawy poidełka, wszakże 20 tys. zł jest sporym nadużyciem w tym wypadku.

Jeśli chodzi o jeden wielki śmietnik w naszym mieście, myślę, że nie powinno się uogólniać i wskazywać na użytkowników dirtparku, bo to samo dzieje się wzdłuż całego Wisłoka, gdzie młodzież pije alkohol. Może wypadałoby wzmocnić działanie prewencyjne, zamiast inwestować olbrzymie sumy w usuwanie skutków śmiecenia.

Drugą kwestią jest rzekomy remont, który odbył się w ubiegłym roku. Ponoć kosztował 50 tysięcy zł. Bardzo chciałbym zobaczyć kosztorys wykonanych prac remontowych. Praktycznie zostało wymienione kilka, najwyżej kilkanaście desek z elementów drewnianych oraz pomalowane zostały impregnatem kickery. Dziury w zbutwiałych deskach miejscami “załatano” w taki sposób, że uniemożliwiało to rozpęd, bo deski odstawały powyżej (na zdjęciu). Nie jestem fachowcem od kosztorysów, ale prac w ubiegłym roku na dirtparku nie wyceniłbym na 3 tysiące, a mówimy tu o 50-ciu.

Odnośnie “wandalizmu użytkowników”… To za bardzo zgrabne usprawiedliwianie braku działań ze strony władz. Akty wandalizmu się zdarzają, ale nie każda osoba przebywająca na obiekcie jest jej użytkownikiem. Tu chciałbym też wspomnieć o ignorowaniu przez policję licznych zgłoszeń odnośnie takich incydentów.

Dirtpark jest atrakcyjnym miejscem do urządzenia sobie “picia w plenerze”, skryty wśród drzew obiekt z wysoką wieżą startową zachęca różne osoby do wejścia na górę i otworzenia butelki piwa. Do momentu póki takie osoby nikomu nie przeszkadzają, nikt nie zwraca na to uwagi, bo musielibyśmy jako użytkownicy co chwilę kogoś wyganiać.

Inaczej ma się sprawa w przypadku pseudokibiców z okolicznych osiedli, którzy przez dłuższy czas upatrzyli sobie dirtpark jako miejsce spotkań, picia alkoholu i mocno przeszkadzali w użytkowaniu obiektu przebywając pomiędzy przeszkodami, celowo niszcząc drewniane elementy i rozbijając butelki. W trakcie kilku zgłoszonych przez nas takich incydentów policja przybyła na miejsce tylko raz, skończyło się na upomnieniu, zniechęceni ignorancją przestaliśmy już dzwonić pod numery alarmowe.

Dirtpark to nasza duma, jeden z najlepszych obiektów w naszym kraju i miejsce rozwoju najbardziej unikatowych zawodników, którzy na koncie mają liczne sukcesy. Sam zdobyłem tytuł filmu roku na krakowskim festiwalu filmów rowerowych, materiałem nakręconym na naszym rzeszowskim dircie. Obiektu zazdroszczą nam krakowianie, którzy niejednokrotnie u nas gościli. Czytając, że to my użytkownicy dewastujemy swoje miejsce do jazdy, ciężko nie mieć mocno negatywnych emocji względem pana Chłodnickiego i tego, co o nas mówi.

Czary goryczy dodał fakt, iż zarząd zieleni dziś na zniszczony przez wandali regulamin obiektu przykleił nowy – dla placu zabaw, w którym czytamy, że na obiekcie kategorycznie zabrania się jazdy na rowerze. Ktoś, kto wpadł na taki pomysł, aby taki regulamin umieścić na torze rowerowym, gdzie jeździ się z dużymi prędkościami, powinien natychmiast za to odpowiedzieć, bo ktoś jeszcze potraktuje to na poważnie i przyjdzie tam ze swoim dzieckiem się bawić. Chyba nie muszę mówić że o tragedię nie trudno. 

Zdjęcie: Krystian Burz

Mamy, jako użytkownicy, serdecznie dosyć ignorancji władzy, dirt jumping jest niszowym sportem, ale ostatnimi laty będącym w mocnym przesileniu za sprawą sukcesów naszych rodaków na międzynarodowych zawodach. Ile osób korzysta z obiektu, można sprawdzić w ciepłe weekendowe popołudnia, gdy kolejki na rozpęd bywają ogromne, mimo iż powoli z obiektu korzystać się nie da, bo praktycznie każdy kicker “pracuje” i nie wiadomo, co się wydarzy przy następnym skoku na przeszkodzie. 

Chcielibyśmy się rozwijać i widzimy, jak na mapie Polski w małych miejscowościach jak grzyby po deszczu wyrastają tory rowerowe, pumptracki, skateparki. Tymczasem my, będąc stolicą Podkarpacia liczącą 200 tysięcy osób nie wkalkulowując w to sąsiadujących miejscowości (ja z takiej pochodzę) mamy przeludniony skatepark, gdzie w godzinach szczytu poruszanie się sprawia problemy oraz zdewastowany dirtpark, który dla urzędników nie istnieje.

Chcemy remontu, ale nie takiego jak w zeszłym roku, który pokrywał wyłącznie wizualne kwestie, belki pod sklejką w praktycznie każdym kickerze są przegnite i wymagają wymiany, pokrycie tego z wierzchu impregnatem nie załatwia sprawy, a to że coś z wierzchu wygląda na poprawne nie znaczy, że takie jest.

Chcemy nie być postrzegani jako wariaci, którzy szarpią się na własne życie, a jako sportowcy, którzy wylewając pot na treningach osiągają efekty. Ciężko nie być wariatem jeżdżąc na zdewastowanym torze, gdzie władzą robi z nas sobie jaja, bo inaczej tego nie mogę nazwać.

KRYSTIAN BURZ

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: