Zdjęcie: Bartosz Frydrych / Rzeszów News
Reklama

“I tak od lat wielu panowie i panie mieszkańcy tu uprawiają swoje protestowanie, więc sugeruje na koniec takie oto słowo: nazwę miasta czas zmienić może na Protestowo” – to puenta rymowanki jednego z mieszkańców Rzeszowa. Właśnie trafiła na biurko prezydenta Tadeusza Ferenca.  

Jedna z wielu rzeczy, z którą kojarzy się Tadeusz Ferenc, to poszerzanie granic miasta. Zwykle przebiega to bardzo burzliwie, nierzadko mówi się o wrogich przejęciach. Gdy do tego dodamy fakt, że w konsultacjach społecznych w ościennych gminach wychodzi, że mieszkańcy nie chcą być częścią Rzeszowa, do ratusza zaczynają docierać specyficzne listy. 

Zwykle, jak twierdzi miasto, piszą je właśnie mieszkańcy ościennych gmin, którzy marzą o mieszkaniu w stolicy Podkarpacia. Podkreślają, że Rzeszów to miasto czyste, bezpieczne, ma dobrą komunikację, a do tego dużo się tu inwestuje. Oczywiście, z tych listów zwykle wynika, że gminy, w których znajdują się dane miejscowości, o swoich mieszkańcach nie pamiętają.  

Ludzie listy piszą

Podobne listy od mieszkańców od jakiegoś czasu ratusz dostaje w sprawie protestów. Jak wiemy, tych w Rzeszowie w ciągu ostatnich dwóch lat nie brakowało. A to niechciana droga i wieżowce na Nowym Mieście, a to wodny plac zabaw w centrum osiedla, który nie był konsultowany z mieszkańcami. A to znów protesty związane z budową tzw. obwodnicy południowej czy protesty przeciwko budowie wieżowców przy ul. Krakowskiej. 

Ta ostatnia inwestycja i towarzyszące jej protesty przelała czarę goryczy u Tadeusza Ferenca, który postanowił ostentacyjnie umniejszać rolę protestujących i ośmieszać same protesty, aby podkreślić, że jego polityka “bezwzględnie budować” jest słuszna.  

Podczas czerwcowego spotkania Ferenca z deweloperami odczytano list jednego z mieszkańców popierającego politykę prezydenta wobec deweloperów: buduj gdzie się da i ile się da, bo miasto musi się rozwijać. Ostatnio zrobiono jednak krok dalej. Do Urzędu Miasta trafił wiersz, który kpi sobie z protestujących. Jego tytuł do “Protestowo”. 

“Hobby dziwne mają” 

A oto jego treść: “To jest miasto wielkie, ale też niemałe. Podobno do zamieszkania doskonałe, ale ci co rankingi takie układają prawdy tej z pewnością nie znają, że w tym mieście mieszkańcy hobby dziwne mają. Bo tu, co ma być wzniesione, aby miastu służyć, natychmiast wręcz protestów gwałtowną fale budzi. 

Ma powstać supermarket mały – nie olbrzymia hala – on także sprzeciwy namiętne rozpala. Pewna pani powiada, przypadek nierzadki, nie zgadzam się na budowę, bo zasłoni mi okno sąsiadki. Inna rzecze poważnie – nie przesadzam zgoła – market o metr wydłuży mi drogę do kościoła. 

Inwestor chce wznieść wieżowiec, nie jak te w Dubaju, mieszkańcy, łatwo przewidzieć, że się nie zgadzają. “Budowę zablokujemy”, jak Zeus grzmią oni, bo chmurkę te ulubioną obiekt ten przysłoni.  

Przed laty obwodnica w mieście powstać miała. Po trakcie ani śladu nie ma – część obywateli zaprotestowała. Ze zbędna, że nie tędy, że hałas psuje wieczory i ranki, a najlepiej zaś będzie zamienić samochody na furmanki. 

I tak od lat wielu panowie i panie mieszkańcy tu uprawiają swoje protestowanie, więc sugeruje na koniec takie oto słowo: nazwę miasta czas zmienić może na Protestowo”.  

“Gdzie jest tamten Tadek?”

Gdy pytamy tych, którzy protestują w Rzeszowie, co sądzą o rymowance, słyszymy, że to manipulacja i dezinformacja. – Kiedyś głosowałem na Tadeusza Ferenca, który jadąc ulicą, gdy zobaczył, że coś jest nie tak, od razu dzwonił do swoich urzędników i sprawy były załatwiane “od ręki”. Dziś się pytam: “Gdzie jest tamten Tadek?” – mówi nam jeden z uczestników protestów przeciw chaotycznej zabudowie miasta.  

– Obecnie rządy Tadeusza Ferenca przypominają koniec pontyfikatu Jana Pawła II. Rządzi nie on, a jego dwór – dodają nasi rozmówcy.  

Ratusz się dziwi, że w każdym zakątku miasta ktoś protestuje, ale staje okoniem, gdy padają propozycje strategicznego planowania różnych rzeczy w Rzeszowie przy udziale mieszkańców. Artur Polakiewicz, wiceprezes stowarzyszenia “Razem dla Rzeszowa”, twierdzi, że znaczącą część protestów w ostatnim czasie wywołuje brak miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. 

 – Gdyby były plany, to nad Żwirownią nie powstałyby 10-, 15-piętrowe wieżowce, a 4-, 6-piętrowe bloki i nikt by nie protestował. A gdy miastem rządzą warunki zabudowy, a nie plany to jest, jak jest – mówi nam Artur Polakiewicz. – Nie ma się co potem dziwić, że mówi się o Rzeszowie, że tu rządzą deweloperzy. Dla nich każde piętro to milionowy zarobek.

“Nie przeciw, a o coś”

Polakiewicz przekonuje także, że mieszkańcy nie protestują dla samego protestowania. Często są bardzo dalecy od blokowania inwestycji, co nierzadko się im zarzuca.  

– Nie protestujemy przeciw, protestujemy o coś. Walczymy o mieszkańców i Rzeszów, który – naszym zdaniem – jest źle zarządzany. Walczymy o plan zagospodarowania przestrzennego, o likwidację chaosu urbanistycznego, o komunikację, o ekologię, o zrównoważony rozwój – przekonuje Artur Polakiewicz.  

– Nikt nie przylepi nam łatki, że walczymy przeciw! Dostrzegamy problemy zwykłych ludzi i stawaliśmy w ich obronie, obronie słabszych, którzy nie mają tyle siły, aby bronić się przed złem. W świecie jest wiele złych decyzji, cwaniactwa, kombinatorstwa – nazywaliśmy i nazywamy rzeczy po imieniu i przeciwstawiamy się im, a jedyne czego oczekujemy, to budowania z głową – podkreśla Polakiewicz.  

 joanna.goscinska@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: