Reklama

Tadeusz Ferenc, prezydent Rzeszowa, zapowiedział, że jeżeli właściciel lokalu przy ul. Kolejowej, w którym sprzedawane są dopalacze, nie wypowie umowy, to ratusz ujawni publicznie jego nazwisko.

– Jeśli właściciel nie będzie chciał złożyć wymówienia najmu, to podamy do opinii publicznej jego nazwisko, że w lokalu, którego jest właścicielem, sprzedawane są środki odurzające – zapowiedział w poniedziałek Tadeusz Ferenc.

To kolejna odsłona ratuszowej wojny z nowym sklepem z dopalaczami, który został otwarty pod koniec sierpnia przy ul. Kolejowej w Rzeszowie. Otworzyły go te same osoby, które przez kilka miesięcy handlowały dopalaczami przy ul. Lenartowicza.

Rzeszowski sanepid przeprowadził w ostatnich dniach trzecią już kontrolę nowego sklepu. Pracownicy zabezpieczyli ponad 40 sztuk dopalaczy. Podobnie jak wcześniej, były to kryształki i susz roślinny sprzedawane pod nazwami „imitacja sztucznego szronu” w trzech rodzajach oraz „imitacja mchu mini”.

Podczas pierwszej kontroli sanepid zabezpieczył 68 opakowań z dopalaczami, w trakcie drugiej około 50. Dopalacze zostały wysłane do badań, które mają potwierdzić, czy zawierają one substancje szkodliwe dla zdrowia i życia ludzi. Na razie wyników badań nie ma.

– Myślę, że otrzymamy je w ciągu dwóch miesięcy – przewiduje Jaromir Ślączka, szef rzeszowskiego sanepidu.

Opór właściciela lokalu

Urzędnicy próbują wszelkich metod, by sklep z dopalaczami jak najszybciej zlikwidować. Stosują tę samą metodę, jak w przypadku sklepu przy ul. Lenartowicza, gdy przekonali właścicielkę lokalu, by wypowiedziała umowę najmu.

Właściciel lokalu przy ul. Kolejowej niby jest skłonny wypowiedzieć umowę, ale obawia się, że ci, którzy prowadzą dopalaczowy biznes na drodze sądowej będą chcieli od niego potem żądać zadośćuczynienia za utracone korzyści materialne.

– Różnica między postawą właścicielki lokalu przy ul. Lenartowicza, a właścicielem lokalu przy ul. Kolejowej jest diametralna. Kobieta od razu z nami współpracowała. W tym drugim przypadku, właściciel potrzebuje punktu zaczepienia, by umowę wypowiedzieć. Będą nim wyniki badań dopalaczy. Jak je otrzymamy, to prześlemy je do właściciela – zapowiada Jaromir Ślączka.

Właściciel lokalu w dalszym ciągu nie dostarczył urzędnikom pełnej treści umowy, jaką podpisał. Wiadomo tylko, że ma ona charakter czasowy i dotyczy ona handlu… ziołami. W przypadku sklepu przy ul. Lenartowicza umowa była bezterminowa.

Czy to zgodne z prawem?

Tadeusz Ferenc robi wszystko, co może by miasto pozbyło się nowego sklepu z dopalaczami. Pytanie teraz, czy groźby ujawnienia nazwiska właściciela lokalu nie sprowadzą na ratusz kolejnych kłopotów. W grę może wchodzić złamanie ustawy o ochronie danych osobowych.

Nad tym problemem mają się pochylić miejscy prawnicy.

Sam sklep funkcjonuje w najlepsze, choć sanepid twierdzi, że lokal bardziej przypomina „dziuplę”. Sklep nie posiada żadnych szyldów, wejście do niego jest tylko za pośrednictwem domofonu, lokal jest monitorowany.

Klientów nie brakuje. Najczęściej przyjeżdżają do sklepu młodzi ludzie spoza powiatu rzeszowskiego. Lokal jest pod obserwacją policji i straży miejskiej.

(jg, ram)

redakcja@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ: