Zdjęcie: materiały prasowe
Reklama

Były duchy, teatr od kuchni, a także „Singielka…”, a w zasadzie matka-Polka. Było też dużo śmiechu i tłumy widzów – za nami weekend 25. Rzeszowskich Spotkań Karnawałowych w Teatrze im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie.
Jubileuszowa edycja rozrywkowej imprezy teatralnej obfitowała m.in. w trzy ciekawe spektakle: „Kto nas odwiedzi?” Och Teatru w Warszawie w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego, „Czego nie widać?” w reżyserii Macieja Wojtyszko Teatru Bagatela im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego w Krakowie oraz „Singielka 2, czyli Matka Polka” w reżyserii Jacka Bończyka Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.

„Kto nas odwiedzi?”

Zdjęcie: materiały prasowe

To, co przyciągało w najbardziej w pierwszym spektaklu to bez wątpienia gorące nazwiska Jadwigi Jankowskiej-Cieślak i Jana Peszka. To właśnie oni wcielili się w rolę milady oraz kamerdynera, doktora i pastora, którzy spotykają się na zabawie sylwestrowej w zamku, by bawić się wciąż według tej samej procedury.

Ukłon należy się zdecydowanie Janowi Peszkowi, który jednocześnie wcielał się w cztery postaci. Tak, to on był zarówno kamerdynerem, pastorem, doktorem i notariuszem. Każda z tych postaci inaczej się zachowywała, co Peszka sygnalizował zmianą barwy głosu, mimiki twarzy i charakteru. Z pewnością niełatwym zadaniem było prowadzenie poczwórnego dialogu, jakby na to nie patrzeć, samym ze sobą.

Fantastyczna była także Jankowska-Cieślak, która w perfekcyjny sposób odegrała oderwaną od rzeczywistości milady, dla której procedura podczas przyjęcia była najistotniejsza.
Wydawałaby się więc, że powierzenie ról aktorom tej rangi to gwarancja sukcesu. Chyba jednak nie tym razem. Oglądając spektakl ma się wrażenie, że reżyser nie do końca wykorzystał potencjał tak wspaniałych aktorów, co w efekcie zaowocowało widowiskiem bez większych fajerwerków.

„Czego nie widać?”

Zdjęcie: materiały prasowe

Więcej niewymuszonego śmiechu wywołał „Czego nie widać?”, który był spektaklem w spektaklu. Tematem sztuki była grupa teatralna – od reżysera, po aktorów, inspicjentkę i osoby techniczne – którą zaczynamy oglądać w trakcie próby generalnej. Następnie ten sam spektakl widzimy „od kuchni”, czyli mamy okazję przyjrzeć się temu, co w trakcie spektaklu dzieje się za kulisami. Na koniec jeszcze raz ten sam spektakl grany już przez tę samą ekipę po raz któryś w trakcie tournee.

Sztuka w założeniu jest komediowa, więc widzimy teatr w teatrze, gdzie pewne rzeczy są wyolbrzymione i przerysowane po to, aby bawić widza. „Czego nie widać?” to z pewnością spektakl, na który warto się wybrać, nawet, jeżeli miałaby się to wiązać z wycieczką do Krakowa. Można się na nim odprężyć, zwłaszcza w drugiej części, gdzie nie sposób się po prostu w pewnym momentach nie śmiać.

“Singielka 2”

Zdjęcie: materiały prasowe

Małym zaskoczeniem dla mnie był trzeci spektakl – „Singielka…”. Teatr, który jest pod kuratelą marszałka związanego z rządzącą opcją polityczną, dopuścił sztukę, która daje pstryczka w nos aktualnemu rządowi. Skąd taki wniosek? Już w zasadzie na samym początku Alicja, czyli Anna Guzik-Tylka, prowokuje publiczność, aby ta podpowiedziała im imię, które kończy się na „-sław”, żeby rymowało się ze słowem „zbaw”. Z ciemności widowni od razu słychać podpowiedź „Jarosław”. Alicja uśmiecha się i skanduje: „Jarosław, zbaw Rzeszów”.

Jakże te słowa są wieloznaczne i pozostawiają ogromne pole do interpretacji! Samo imię Jarosław kojarzy się Jarosławem Kaczyńskim. „Zbaw Rzeszów” – być może od Tadeusza Ferenca, prezydenta Rzeszowa, który od przeszło 16 lat powoduje, że „ta ziemia [nie] może być motorem dla całego naszego kraju”, bo „ferensizm” to jednak za mało.

W „Singielce…” usłyszymy też, że „dobra zmiana to za mało” oraz o tym, że Alicja właśnie podniosła się z kolan. Zarówno jedno, jak i drugie sformułowanie jest często i ochoczo powtarzane przez obóz rządzący, który chętnie sugeruje, że gdyby nie oni, to z Polską byłoby już bardzo źle, a na arenie międzynarodowej, to już w ogóle by całkiem zginęła.

Jest też o Opolu. Alicja wspomina czasy, kiedy były dwa kanały czarno-białe, wszyscy o tej samej porze siadali przed telewizorem i wspólnie oglądali „Stawkę większą niż życie” i festiwal w Opolu, „kiedy jeszcze odbywał się w Opolu”. Tymi słowami bohaterka nawiązuje do afery wokół festiwalu, która wybuchła w 2017 roku.

Zaczęło się od tego, że Jacek Kurski, prezes TVP chciał zablokować występ Kayah, która miała wystąpić w jubileuszowym koncercie Maryli Rodowicz, ze względu na zaangażowanie polityczne. Potem pojawiały się informację o odwołaniu imprezy, przeniesieniu jej do innego miasta, m.in. do Stalowej Woli, czy Jasionki. Ostatecznie jednak festiwal odbył się w Opolu, ale nie w czerwcu, a we wrześniu.

Te aluzje polityczne nie są jednak bez znaczenia dla zrozumienia całego spektaklu, który koniec końców ukazuje prozę życia. Można odnieść wrażenie, że w pewien sposób twórcy sztuki ośmieszają polityczne przepychanki na temat tego, w jakim modelu lepiej żyć kobiecie – czy jako matka Polka, czy jako wyzwolona feministka.

Prawda jest jednak taka, że zdecydowana większość kobiet nie popada w takie skrajności. Ile z nas ma dzieci, jednocześnie pracując? Ile matek czasem ze zmęczenia czasem wariuje i czasem ma ochotę, aby jej pociechy zniknęły chociaż na godzinę, mimo, że je bardzo kocha.

Zdjęcie: materiały prasowe

Wmawianie kobietom, że będąc matkami muszą się jedynie poświęcać dla dobra rodziny, bo do tego zostały stworzone, też nie jest dobre. Na przykładzie Alicji widzimy, że mimo, iż bardzo kocha swoje bliźniaczki, to jednak tęskni za swoją dawną pracą, która polegała na śpiewaniu. Czy przez to jest gorszą matką? No nie, ona, podobnie, jak każdy z nas też jest człowiekiem i choć po urodzeniu dziecka zmieniły się jej priorytety, to wciąż chce się rozwijać. Czy jest coś w tym złego?

Gdy maluch pojawia się na świecie zmienia się życie obojga rodziców. Dlatego nie ma się, co dziwić, że oboje zaczynają czasem wariować. Nie jest też zaskoczeniem, że ojciec czasem potrzebuje usłyszeć od swojej żony, że mimo iż nieporadnie zmienia pieluchy, a śpioszki myli z body, jest dobrym tatą. Mama z kolei chce też, aby za stery brudnych pieluch dostrzec w niej kobietę, a nie tylko chodzącą mleczarnię.

Czasem potrzebna jest też mała awanturka i odrobina zazdrości, ale to wcale nie oznacza, że rodzina jest patologiczna. Objawem braku miłości do dzieci nie jest też fakt, że rodzice cieszą się, gdy na jeden wieczór opiekę nad pociechami przejmuje babcia. Im też należy się czasami czas tylko dla siebie, odrobinę wina i miłosnych uniesień. Nie ma w tym nic złego.

Takich przykładów z życia codziennego w „Singielce…” jest wiele. Anna Guzik-Tylka często porusza prozę życia, ale w taki sposób, że się najpierw śmiejemy. Refleksja przychodzi jednak po wyjściu z teatru, gdy dociera do nas, że problemy Alicji, to tak naprawdę nasze codzienne problemy.

Jaka jest metoda na ich rozwiązanie? Miłość. W końcu z jakiegoś powodu wyszłaś za niego, a on się z tobą ożenił. Wystarczy ją znaleźć w gąszczu codziennych obowiązków, doprawić odrobiną wyrozumiałości i szczyptą zrozumienia. Od czasu do czasu zaleca się ją także odświeżać tylko we dwoje.

Koniec teatralnego weekendu nie oznacza końca 25. Rzeszowskich Spotkań Karnawałowych. Te będą kontynuowane jeszcze 28 lutego (czwartek). Na ten dzień zaplanowano finsiaż wystawy RZE design (godz. 16:30), po którym będzie miał miejsce finał Teatralnego Speed Datingu. Na koniec czwartkowego wieczoru czeka nas koncert Pawła Kaczmarczyka. 

joanna.goscinska@rzeszow-news.pl

Reklama

NAPISZ KOMENTARZ:

1 KOMENTARZ

Comments are closed.